Czas trudnych decyzji mają teraz liderzy największych partii. Przed ich gabinetami stoją kolejki chętnych do startu w wyborach europejskich. Większość udało się spławić, ale nie wszystkich.
. Na nich lista się nie kończy. Każdy z tych posłów po stokroć usłyszał od Jarosława Kaczyńskiego, że ma zostać w kraju. Ale też źaden z nich nie przestał wiercić dziur w ważnych brzuchach, byle tylko wyrwać się z Wiejskiej.
W podobnej sytuacji jest Donald Tusk. Wprawdzie publicznie ogłosił, że nikt z jego ministrów nie wystartuje w eurowyborach i zapowiedział, że posłom też nie będzie dawał dobrych miejsc na listach, ale wiadomo, że conajmniej 50 posłów PO oferowało się jako jedynki na listach. Ich determinacja zderza się więc dziś z deklaracją lidera partii i szefa rządu. Zobaczymy, która siła przeważy.
I r Ta niska motywacja oczywiście jest potężnym motorem. Ale jest też tak, iż w tej kwestii sprawdza się stare hasło, że ludzie głosują nogami. Posłowie to właśnie chcą zrobić.
Europarlament to ucieczka przed jałowymi debatami w kraju, bezsensownym przerzucaniem się epitetami z politycznymi konkurentami. To ucieczka (częściowa tylko, ale jednak) przed wewnątrzpartyjnymi intrygami. W Europarlamencie deputowani nie są trybikami w partyjnych maszynach, nie muszą być żołnierzami swoich liderów. Nie ma tam też czegoś takiego jak marginalizacja opozycji przez większość.