Bo to nieprawda, że nic nie da się zrobić. Wiadomo, jak drogie są nowoczesne, wysokospecjalistyczne procedury, i że NFZ to nie worek bez dna. Ale mam wrażenie, że cała ta wiedza służy
Ministerstwu Zdrowia do starannego przykrywania własnej złej woli, braku planu, strategii i lekceważenia pacjentów.
W publicznych placówkach tak długo trzeba czekać na podstawowe zabiegi, że każdy, kto ma parę groszy przy duszy, zmuszony jest do korzystania z prywatnych usług. Jak nie ma - to nie skorzysta.
Efekt? . Mało?
Minister, który utrzymuje, że tak być musi, powinien sam natychmiast zrezygnować z pracy. A to przecież tylko niewielka część grzechów polskiej ochrony zdrowia.
Dokument bezlitośnie punktuje nie tylko zbyt niskie nakłady na zdrowie w Polsce, ale także to wszystko, co jest na co dzień tak upokarzające dla pacjentów: brak choćby jednej całodobowej
informacji o usługach medycznych, brak możliwości swobodnego wyboru placówki, konieczność ustawiania się w długich kolejkach po skierowania do specjalistów, pozbawienie prawa do wglądu we
własne dokumenty medyczne, latami ciagnące się postępowania w sprawie odszkodowań za błędy lekarskie.
Od dwóch lat można usłyszeć, że rząd ma pomysł, jak to wszystko naprawić. Przekształca szpitale w spółki. Ale czy to one mają przeprowadzać programy profilaktyczne i badania przesiewowe?
Tu przecież Tego nie załatwi lekarz wzywany na telefon z ogłoszenia w gazecie, który bierze za wizytę 100 złotych.
To wszystko nie jest oczywiście winą jednego rządu. Spirala błędów i zaniechań nakręca się od lat. I pewnie chętnie szukalibyśmy usprawiedliwień dla rządzących, gdyby w którejkolwiek
dziedzinie widać było najmniejszy chociaż postęp. Ale nie widać. Czy za rok w europejskim rankingu prześcigną nas Rumunia i Bułgaria?