Nie ma co ukrywać: wychowanie najczęściej opiera się niestety na szantażu. Ale przecież to tylko dziecko – jakoś trzeba na małego urwisa wpłynąć. „Nie odrobiłeś lekcji, więc nie pójdziemy do kina” – oznajmiamy zbuntowanemu trzecioklasiście, choć gdyby taką sankcję np. za niepozmywanie naczyń próbował zastosować wobec nas współmałżonek, to awantura byłaby pewna. Ale to tylko dziecko – więc można je ukarać i postraszyć. To nic takiego. W dodatku wszystko to są zaledwie drobne i łagodne metody wychowawcze stosowane przez naprawdę kochających rodziców. W domach, w których miłości brakuje, każda z nich bardzo łatwo przeradza się w okrucieństwo. A tam, gdzie jest nieszczęście, alkoholizm i agresja, życie dziecka zamienia się w piekło. Piekło, które często nie znika: odnajdujemy je w następnym pokoleniu, we własnej rodzinie dręczonego dziecka, które dorosło i nigdy się nie wyzwoliło z koszmaru.
Rozumiem motywację posłów, którzy chcą wpisać do ustawy zakaz stosowania przemocy psychicznej wobec dzieci. Ale jak można doprowadzić do tego, by zakaz ten był przestrzegany? Czy dzieci
wiedzą, do kogo się zwrócić? A przede wszystkim: czy mają do kogo się zwrócić?
. To oczywiście pomogłoby w ustaleniu ewentualnej winy rodziców i wychowawców. Ale przecież w Polsce wielki problem jest nawet z zatrudnieniem
w szkołach higienistek, a co dopiero z przeprowadzeniem szeroko zakrojonego programu obrony przed przemocą psychiczną! Przepis wymyślić jest łatwo. Dość łatwo nawet – jak się
okazuje – wpisać go do ustawy. To uspokaja sumienie i nie rodzi wydatków z budżetu.
Inne metody są trudniejsze i droższe. Nikt nie wychowuje przyszłych rodziców. Młodych ludzi, uczniów liceów i zawodówek, którzy powinni mieć jakiekolwiek pojęcie o tym, czym jest wychowanie dzieci, co to jest przemoc psychiczna i fizyczna. By prowadzić samochód, potrzebne jest przecież prawo jazdy, trzeba zdać trudny egzamin teoretyczny i praktyczny. Do posiadania dzieci wystarczy... wiadomo co. Efekt? .