Pomoc z MFW? Tylko w ostateczności! Jeszcze niedawno instytucja ta była prawie wyłącznie – zresztą niespecjalnie słusznie – kojarzona z rolą międzynarodowego strażaka próbującego gasić finansowe pożary tam, gdzie jest naprawdę źle. Dlatego spekulacje o tym, że Polska będzie musiała się zdecydować na przyjęcie pomocy z Międzynarodowego Funduszu Walutowego, były przyjmowane z dreszczykiem zgrozy. Widać, że i u nas może być naprawdę marnie. Idziemy drogą Węgier czy Ukrainy, krajów, które mniej czy bardziej, ale jednak krążą wokół finansowej katastrofy.

Reklama

Tymczasem, po tym jak okazało się, że polski rząd porozumiał się z MFW w sprawie uruchomienia linii kredytowej, atmosfera stała się wręcz sielankowa. Złoty wystrzelił, eksperci chwalą, słowem, wszyscy lub prawie wszyscy są zadowoleni. Co się takiego stało? Zacznijmy od samego MFW. Kryzys przedefiniowuje sposób działania tej instytucji. Owszem, działania ratunkowe pozostają i pewnie pozostaną na zawsze. Natomiast całkiem niedawno MFW wprowadził instrumenty takie jak FCL, czyli „nasza” linia kredytowa. W skrócie mówiąc, to rodzaj otwartego debetu, który na wszelki wypadek uzyskują państwa o silnej gospodarce, ale mogące mieć nadzwyczajne potrzeby finansowe. I stało się jasne, że MFW taką linię Polsce udostępni, i to na niebagatelną kwotę ponad 20 miliardów dolarów.

Za jednym zamachem w świat zostały wysłane trzy sygnały, i to – co w czasach kryzysu niesłychanie rzadkie – trzy pozytywne sygnały. Po pierwsze, najważniejsze,MFW uznał, że jesteśmy gospodarką stabilną, której nie grozi żadna katastrofa. Dlatego zgodził się na FCL, ewentualną pożyczkę bez żadnych warunków. Przypomnę tylko, że pieniądzom „ratunkowym” towarzyszy zwykle twarde żądanie restrukturyzacji finansów państwa. Po drugie rząd zadeklarował, że ewentualne pieniądze z MFW pójdą nie na przykład na ratowanie budżetu, gdyż jak rozumiem, nie ma takiej konieczności. Trafią do NBP, wzmacniając rezerwy walutowe banku centralnego. A to się wiąże z punktem trzecim – te dodatkowe rezerwy mogą zostać przeznaczone w razie konieczności na obronę złotego. Być może mamy więc do czynienia z bliskim końcem koszmarnej huśtawki na naszej walucie, która do rozpaczy doprowadzała i kredytobiorców, i przedsiębiorców. Nawiasem mówiąc, wcale nie jestem przekonany, czy pieniądze z MFW będą musiały być użyte w obronie złotego. Sama zapowiedź stabilizacji kursu z wykorzystaniem 20 miliardów dolarów może zniechęcająco podziałać na chętnych do sprawdzenia swych sił na walutowym rynku.

Czy zatem mamy otwierać szampana, znów uznać jak rok temu, że złoty się już będzie tylko umacniał, a kryzys nam niestraszny? Nie, pewnie czeka nas jeszcze sporo przykrych niespodzianek, a pieniądze z MFW mają służyć stabilizacji w razie realnego niebezpieczeństwa. Tylko że teraz na to niebezpieczeństwo jesteśmy narażeni w znacznie mniejszym stopniu niż jeszcze przed świętami.