Dlatego spekulacje o tym, że Polska będzie musiała się zdecydować na przyjęcie pomocy z Międzynarodowego Funduszu Walutowego, były przyjmowane z dreszczykiem zgrozy. Widać, że i u nas może być naprawdę marnie. Idziemy drogą Węgier czy Ukrainy, krajów, które mniej czy bardziej, ale jednak krążą wokół finansowej katastrofy.
Co się takiego stało? Zacznijmy od samego MFW. Kryzys przedefiniowuje sposób działania tej instytucji. Owszem, działania ratunkowe pozostają i pewnie pozostaną na zawsze. Natomiast całkiem niedawno MFW wprowadził instrumenty takie jak FCL, czyli „nasza” linia kredytowa. W skrócie mówiąc, to rodzaj otwartego debetu, który na wszelki wypadek uzyskują państwa o silnej gospodarce, ale mogące mieć nadzwyczajne potrzeby finansowe.
Po pierwsze, najważniejsze, Dlatego zgodził się na FCL, ewentualną pożyczkę bez żadnych warunków. Przypomnę tylko, że pieniądzom „ratunkowym” towarzyszy zwykle twarde żądanie restrukturyzacji finansów państwa. Nawiasem mówiąc, wcale nie jestem przekonany, czy pieniądze z MFW będą musiały być użyte w obronie złotego. Sama zapowiedź stabilizacji kursu z wykorzystaniem 20 miliardów dolarów może zniechęcająco podziałać na chętnych do sprawdzenia swych sił na walutowym rynku.
Czy zatem mamy otwierać szampana, znów uznać jak rok temu, że złoty się już będzie tylko umacniał, a kryzys nam niestraszny? Nie,