W oczach sympatyków i wielu neutralnych wyborców Tusk wygrywa kolejny konflikt z Lechem Kaczyńskim. Dzieje się tak, mimo że to nie Kaczyński jest tu "agresorem". Nawet też nie Fotyga. . Nieprzypadkowo.
Jan Rokita tę metodę walki z prezydentem nazwał kilka dni temu "odzieraniem Lecha Kaczyńskiego z resztek prezydenckiego majestatu". Mniej wyrafinowani . Wysłano mu kuriozalne w treści zaproszenie i przewidziano dziwną dla głowy państwa formułę obecności w obchodach. Drażliwy zazwyczaj w takich sprawach Kaczyński przełknął jednak zniewagę i nie eksplodował ze wściekłości. Ale w sprawie Fotygi nie będzie mógł ustąpić, więc obejrzymy kolejną żenującą awanturę między obu pretendującymi do miana męża stanu politykami.
w Warszawie. To polityczne abecadło. Takie jak w powtórzonym niedawno w telewizji filmie "Fakty i akty". Tam, by uratować umoczonego w skandal obyczajowy prezydenta USA, jego doradcy wymyślają wojnę z Albanią. Sprawna aranżacja, dużo emocji i prawie cała opinia publiczna uwierzyła, że maleńki kraj zagroził wielkiemu mocarstwu. Wprawdzie nie miało to związku z logiką, ale było ładnie zapakowane.
Coś jak z Fotygą. Ona, cytując premiera, "pokazała figę" lub "odcięła wyciągniętą do niej dłoń" - jak stwierdził inny ważny polityk PO. Sposób storpedowania jej kandydatury okazał się skuteczny, ale czy etyczny? Czy polska polityka będzie od tego lepsza? W to trudno uwierzyć nawet tym, którzy dziś cieszą się z utrącenia nielubianej "Foti".