Stefan Niesiołowski skrytykował Janusza Palikota za wymierzony w prezydenta happening zorganizowany w czasie, gdy Lech Kaczyński czuwał u łóżka chorej matki. Właściwie trudno znaleźć polityka czy komentatora, który nie uznałby tego za nietakt.
Torującą drogę nowemu modelowi uprawiania polityki. W tym modelu wygłup, spektakl, sztuczka, pod warunkiem że sprawnie zorganizowana, staje się stokroć ważniejsza niż jakakolwiek debata. Ważniejsza - pierwszy przykład z brzegu - niż pytanie, czy polski rząd jest dobrze przygotowany do odparcia ataku świńskiej grypy.
Metoda jest stała, coraz wyraźniej usankcjonowana, i nawet jeśli stu polityków PO uzna za stosowne obruszyć się na Palikota, to żaden z nich nie odważy się postawić jego problemu. Jest on bowiem częścią większego mechanizmu, który obsługuje ich samych, tyle że wielu w nich wolałoby o tym na codzień nie pamiętać.
Czyżby ta maszyneria działała momentami nieracjonalnie? Szkodząc tym, którzy wprawiają ją w ruch, bo a nuż prezydent wzbudzi czyjeś współczucie, a nie tak miało być.
Mechanizm służy po prostu różnym celom. Newsweek ujawnia właśnie, że ci sami bardzo młodzi ludzie i emeryci wpłacali nie tylko na komitet wyborczy Palikota w Lublinie, ale też wspierali równie hojnymi, wielotysięcznymi datkami jego ugrupowanie. Prawdopodobnie byli tak zwanymi słupami pomagającymi obejść wyborcze limity.
Chcę być dobrze zrozumiany - w społeczeństwie otwartym jest miejsce na debatę także o pracach doktorskich ważnych polityków. Nic nie powinno być tajne - może poza sprawami najbardziej intymnymi, ale doktoraty do nich z pewnością nie należą. Tyle że jak jawność to jawność. To jest także, a może przede wszystkim jawność współczesnych postępków, działań, decyzji. To możliwość pytania o ich zgodność z prawem i z etyką. I to jest wyzwanie dla opinii publicznej, dla mediów.