Dziennik Gazeta Prawana logo

Warszawy z Brukselą spór o prognozy

5 maja 2009, 11:56
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
Marcin Piasecki w DZIENNIKU
Marcin Piasecki w DZIENNIKU/Inne
Błędy w prognozowaniu popełniają i banki, i rządy, i międzynarodowe instytucje, i zwykli ludzie. Ale z psychologicznego punktu widzenia najwięcej do stracenia w tym sporze o szacunki ma Jacek Rostowski i ekipa Tuska - pisze Marcin Piasecki, redaktor naczelny „The Wall Street Journal Polska”

.

Nie wiadomo, i taka jest natura tego kryzysu. Gigantyczne błędy w prognozowaniu popełniają i banki, i rządy, i międzynarodowe instytucje, i – co w gruncie rzeczy najbardziej bolesne – zwykli ludzie, którzy nie są w stanie zaplanować własnej finansowej przyszłości. Jednak z czysto psychologicznego i politycznego punktu widzenia najwięcej do stracenia w tym sporze o szacunki ma Jacek Rostowski i ekipa Tuska. Jeżeli trwanie przy względnym optymizmie dotyczącym polskiej gospodarki okaże się błędem, rząd straci bardzo, bardzo dużo. I narazi się, delikatnie mówiąc, na perturbacje przy okazji wyborów. A Bruksela? Zawsze swoje prognozy może zweryfikować, co zresztą już pod koniec roku będzie robiła w zupełnie nowym składzie komisji. Koszt polityczny – żaden, prestiżowy – raczej niewielki.

Po pierwsze Europa potężne kłopoty ma jeszcze przed sobą. Ciekawy jest kontrast z coraz bardziej licznymi pozytywnymi danymi dotyczącymi USA. Nie, Ameryka oczywiście nie ma jeszcze z głowy kryzysu, ale być może kończy się wielomiesięczny okres jazdy w dół bez trzymanki. Natomiast taka jazda w dół czeka Niemcy. I to jest drugi ważny punkt wynikający z prognoz Brukseli, samego niemieckiego rządu i najróżniejszych ośrodków analitycznych. Nie miejmy złudzeń – choroba najpotężniejszej gospodarki Europy i najważniejszego partnera Polski odbije się u nas co najmniej kichaniem. Jak potężnym i czy przerodzi się ona w infekcję, żeby nie powiedzieć – grypę? Wszystko zależy do postawy tamtejszych konsumentów. Czy dalej będą kupować produkowane u nas samochody? Czy będą poszukiwać tańszych od swoich polskich towarów? Niestety tutaj znowu musimy cofnąć się parę akapitów wyżej i przyznać: jeszcze nie wiadomo. Oby kupowali.

To wynik gigantycznych pieniędzy wpompowanych w ratowanie gospodarek i utraty wydolności tychże gospodarek, które przynoszą drastycznie niższe wpływy do publicznej kasy. Co to oznacza dla Polski? Zapewne kolejne trudności z finansowaniem naszego deficytu przez najróżniejszego rodzaju obligacje rządowe i samorządowe. Europejska konkurencja na tym polu siłą rzeczy robi się coraz mocniejsza. Dlatego bardzo dobrze, że u nas na poważnie nie bierze się pod uwagę pomysłów typu: zwiększmy deficyt, zwłaszcza budżetu państwa, a uzyskane w ten sposób pieniądze przeznaczmy na rozruszanie gospodarki. Ani gospodarki nie rozruszamy, ani nie będzie wiadomo, czym załatać powiększającą się dziurę. Żyjemy wszakże w takich czasach, gdy cała Europa będzie wyciągać ręce po pieniądze.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj