Bo dzisiejsi beneficjenci zwycięstwa nad komunizmem nie potrafią wspólnie podziękować tym, którzy o nie wtedy walczyli. Byłem w budynku Sejmu. Bohaterów tamtych zdarzeń
znalazło się na Wiejskiej dziwnie mało, zabrakło prezydenta i premiera. Za duże są dziś społeczne podziały, zbyt wielkie namiętności. Cała Europa u nas gości w osobach szefów
parlamentów, a my nie potrafimy razem świętować.
Wina się rozkłada na różne strony. Ja jestem na mszy w Gdańsku, ale mam poczucie, że jeśli świętuję z kimś, to tym samym od razu manifestuję przeciw komuś. Każda ze stron chce
zawłaszczyć to wspólne święto.
Może opłaca się dlatego, że brakuje alternatywy. Scena polityczna została zawłaszczona przez obie partie. Ordynacja, system finansowania partii z kieszeni podatników, wykluczają w praktyce
konkurencję. To już przestaje być wybór obywateli. To wybór samych polityków.
Scena polityczna do końca się nie ukształtowała. I te ruchy, zmiany, różnorodność wcale nie miały samych złych stron. Polska nie traciła na niej gospodarczo, jej pozycja międzynarodowa
też się wzmacniała. To, co jest teraz, podoba mi się dużo mniej. A zaryzykuję twierdzenie, ze skutki zamurowania sceny odczujemy dopiero za kilka lat. Obawiam się praktycznego ograniczenia
demokracji. Coraz mniej Polaków ma poczucie, ze ich głos cokolwiek zmienia. Czekam na informację o frekwencji w tych wyborach. Może ona potwierdzić moją tezę o ubezwłasnowolnieniu
obywateli.
Ale czy do tego stopnia?
Ja widzę te wybory w kontekście udziału obywatela w polityce. I szukam kogoś, kto mógłby się przeciwstawić temu fatalizmowi, że polityka jest zawłaszczana przez polityków. Zastanawiam się
też nad nadchodzącymi wyborami prezydenckimi. Dziś widzi się je jako rozgrywkę między obecnym prezydentem i premierem.
Jeśli do tego dojdzie, nic się nie zmieni, poza tym że pogłębią się nie tylko polityczne, ale także i społeczne podziały. Myślę, że przyszły prezydent powinien te podziały łagodzić.
Powinien uosabiać narodową zgodę. Taką postacią jest Jerzy Buzek.
Jest nagłaśniany przez PO jako kandydat na przewodniczącego Parlamentu Europejskiego. Nie jest jednak członkiem Platformy. A mam poczucie, że mógłby być kimś więcej. Moim zdaniem Donald
Tusk chce go wysłać do europarlamentu, żeby pozbyć się prezydenckiego rywala. Buzek ma olbrzymi autorytet, jest do bólu uczciwy, kocha ludzi. On mógłby uspokoić konflikty. Gdyby Tusk
potrafił odłożyć na bok własną ambicję, też wskazałby profesora Buzka jako najlepszego kandydata.
Tylko że jest coś ważniejszego niż wola partyjnych aparatów. To wola obywateli. A obowiązkiem mediów jest przeprowadzić taką debatę. To recepta na spadek zainteresowania Polaków polityką.
Oddajmy obywatelom choć w części ich podmiotowość.
Przypomnę, że próbował niedawno ograniczyć finansowanie partii, co zwiększa podmiotowość obywateli. Jeśli robił to szczerze, to dlaczego miałby bać się takiej debaty? Nie powinien
wysyłać dwóch swoich największych konkurentów: Cimoszewicza i Buzka, za granicę.
Niech startuje. Ja nie wiem, czy Jerzy Buzek musi być kandydatem PO. Platforma mogłaby go poprzeć, ale byłby to jednak kandydat obywatelski. On się nie wikła w podziały między PiS i PO. Swoje
zalety prezydenta ponadpartyjnego ujawniłby w pełni po wygranych wyborach.
To powinien on startować jako ten trzeci. Oni będą się kopać, a on będzie kandydatem dla obywateli.
To jest wyzwanie. Nie rozmawiałem z nim na ten temat. Ale oceniam go jako człowieka, dla którego interes państwa jest przesłaniem najważniejszym.
Ja nie jestem obiektywny, bo byłem ministrem rolnictwa w jego rządzie. Miałem możliwość obserwowania go w najtrudniejszym dla niego czasie, gdy rozstał się politycznie z Marianem
Krzaklewskim, gdy był człowiekiem samotnym. Upatruję w nim polityka dużego formatu.
Buzek nie ma takich aspiracji. A czy Tusk jest naturalnym liderem swojego środowiska? A może to tylko polityk, który pozbył się konkurentów wewnątrz Platformy: Andrzeja Olechowskiego, Macieja
Płażyńskiego, potem Zyty Gilowskiej i Janka Rokity. To taktyczna zręczność, ale czy coś więcej?
Sprawdźmy to więc w wyborach. Niech pierwsza tura prezydenckich wyborów będzie weryfikacją pańskiej tezy. Tusk powinien się chętnie poddać takiej weryfikacji.
Przyzwyczaili się jednak w sposób mocno ograniczony, skoro coraz mniej chętnie chodzą do wyborów.