Mam zupełnie inne wspomnienia z tamtych czasów. O ile pamiętam, to poznałem pana generała, którego oczywiście bardzo szanuję, już w czasie, gdy Platforma
Obywatelska istniała. W ogóle jestem zdumiony tym, co powiedział. Pamiętam dokładnie, jak powstawała Platforma – działo się to poprzez nasze wspólne dyskusje, a nie zewnętrzne
inspiracje.
Nie wiem, dlaczego to robi. Miałem wrażenie, że zawsze pozytywnie podchodził do Andrzeja Olechowskiego. Tymczasem są to słowa, które Olechowskiemu ewidentnie szkodzą.
Oczywiście. Nie chciałbym jednak wchodzić w dywagacje na temat motywów, dla których pan Czempiński podaje takie informacje. Ja stwierdzam jedynie, że po pierwsze – PO powstała na
zasadzie naszego, wewnętrznego dogadania się, a nie czyichś zewnętrznych inspiracji. Po drugie zaś – te słowa nie służą Andrzejowi Olechowskiemu.
Jest to bardzo dziwne i uważam, że osoby ze służb nie powinny ingerować w życie polityczne w kraju.
Trudno na to pytanie odpowiedzieć. Na pewno jest duże grono ludzi uważających Stronnictwo Demokratyczne za bardzo poważne zagrożenie dla ich inicjatyw politycznych i z całą pewnością będą
robili wszystko, by ją utrącić.
Przede wszystkim kierownictwo Platformy Obywatelskiej.
Platforma stała się partią całkowicie eklektyczną, skupiająca po prostu ludzi, którzy chcą dojść do władzy. Bardzo wielu z nich znalazło się w jej szeregach w momencie, gdy cieszyła
się już 30-proc. poparciem. Wielu zapisywało się do PO już jako do partii władzy. W przeciwieństwie do Platformy Stronnictwo Demokratyczne jest dziś wyborem niekoniunkturalnym. Jesteśmy
jeszcze słabi, nienotowani w sondażach, dlatego stawiam na ludzi, którzy właśnie dziś decydują się na taki niekoniunkturalny wybór.
Andrzej Olechowski posiada cechę, która – w moim przekonaniu – jest jego wielkim atutem i która stałaby się bardzo poważnym atutem w sytuacji, gdyby został prezydentem. To
człowiek, który nie tworzy konfliktów i nie napędza się nimi – zwłaszcza jeśli chodzi o konflikty wewnętrzne. Jednak właśnie ta cecha, w zetknięciu z Donaldem Tuskiem, który jak
się później okazało, miał plan likwidacji wszystkich kluczowych osób, które budowały Platformę Obywatelską, spowodowała wypchnięcie Olechowskiego poza partię. Zarówno on, jak i ja czy
Zyta Gilowska nie potrafiliśmy się przed tym skutecznie obronić. Pamiętam, jak Andrzej Olechowski miał tak po ludzku żal o to, że Donald Tusk potrafił z nim gadać, uśmiechać się i
przekonywać o tym, jak wszystko jest wspaniale, a jednocześnie namawiać Jana Rokitę do tego, by występował przeciw Olechowskiemu i ostro go krytykował. To Andrzeja bardzo bolało. I to jest
cecha, którą oceniam jako jego wielką zaletę, choć w tym wypadku okazała się słabością.
Mam inne wrażenie niż pan. Nie uważam, by Andrzej Olechowski był na marginesie polityki. W 2000 r. osiągnął drugi wynik w wyborach prezydenckich, a następnie zaufał Platformie Obywatelskiej
Donalda Tuska i był w stosunku do niej tak lojalny, jak tylko mógł. Wzywał do reformy wewnętrznej, pisał listy, a jeśli się dało, zabierał głos. Ale nie chciał szkodzić swej partii.
Obecną decyzję o powrocie do polityki podjął już po wyborach europejskich, a nie w trakcie kampanii wyborczej, kiedy ogłoszenie takiej decyzji mogło Platformie potencjalnie zaszkodzić. To
jego świadoma decyzja, by powiedzieć: „ten epizod jest zamknięty, a Platformy nie da się naprawić”. Pan mówi o ostrej rywalizacji w polityce. Ona oczywiście ma miejsce, ale
z przeciwnikami, a nie wewnątrz własnego ugrupowania. Cechą charakterystyczną środowiska KL-D, z którego wywodzimy się i my, i kierownictwo PO, było silne poczucie, że konfliktów nie
należy kierować do wewnątrz. Później za sprawą Donalda Tuska się to całkowicie zmieniło. Dlatego sądzę, że Andrzejowi Olechowskiemu należy stworzyć dobre warunki do tego, by mógł
jednocześnie przekazywać Polakom, co myśli i mieć świadomość, że nikt nie wbije mu noża w plecy. Mam nadzieję, że mamy do siebie tego rodzaju zaufanie.
Proszę nie mylić wątków. Czym innym są wyrazy poparcia od ludzi, którzy są w podobnej przestrzeni politycznej i mają podobne proeuropejskie poglądy. Dlatego cieszą mnie ciepłe słowa od
prezydenta Kwaśniewskiego, które odbieram jako dobrą zapowiedź współpracy. Co innego polityk o zupełnie odmiennych poglądach – czyli Roman Giertych – z którym mnie
nigdzie nie nakryto. Gdybym chciał się z nim spotkać w sposób tajny, to bym tak zrobił. Po prostu przyszliśmy wspólnie do kawiarni Bliklego, która jest jednym z najmniej tajnych miejsc w
Warszawie i było to takie same spotkanie jak rozmowa w kuluarach Sejmu. A znamy się właśnie z parlamentu.
To oferta przygotowana szeroko. Skierowana do ludzi o poglądach proeuropejskich, którzy uznają zasady wolnego rynku, ale jednocześnie gotowi są stworzyć pewne specjalne regulacje umacniające
nasza małą i średnią przedsiębiorczość, która jest zupełnie pozostawiona samej sobie i przez długie lata była lekceważona. Chcemy stworzyć taki model polityki, który nie jest
zaangażowany w spór ideologiczny, który rozumie politykę nie jako przeciąganie obywateli na jedną ze stron sporu i regulowanie ich życia. Chcemy postrzegać politykę jako – co
wynika z deklaracji ideowej, którą ogłosiłem kilka dni temu – dobrze pojmowaną, praktyczną usługę dla obywateli. Bo obywatele dziś nie oczekują ingerencji w ich życie, ale
praktycznych rozwiązań. Tego by działał sprawny system służby zdrowia, by coś budowano, by dobrze wykorzystywano unijne fundusze. Ta oferta może być kierowana zarówno do dzisiejszego
elektoratu Platformy, jak i ludzi, którzy głosują na SLD, a nawet na PiS.
Rzeczywiście wiele podobnych postulatów pojawiło się wtedy, gdy tworzyliśmy PO. To naturalne – bo przecież to my ją tworzyliśmy i dziś jesteśmy wierni swoim poglądom. Potem PO
pod wodzą Tuska od tego odchodziła – w imię doraźnego zdobywania wyborców i prawicowego profilu dla lidera. Chodzi mi m.in. o wewnętrzne procedury demokratyczne czy wewnątrzpartyjną
dyskusję.
Jako działania bardzo słabego prezydenta działającego w niezwykle wygodnych i komfortowych warunkach. Ustrój stolicy nie jest dziś tak skomplikowany jak za moich czasów. Warszawa ma wielki
budżet i pieniądze europejskie oraz poparcie rządu, co jest bardzo ważne. Mimo tego efekty pracy Gronkiewicz-Waltz są bardzo, bardzo słabe.
Moją ambicją jest wprowadzenie SD jako klubu parlamentarnego do Sejmu i temu celowi będę się poświęcał. Tego nie da się zrobić ani z pozycji europosła, dlatego nie kandydowałem, ani z
pozycji prezydenta Warszawy.
*Paweł Piskorski, były prezydent Warszawy i były polityk Kongresu Liberalno-Demokratycznego, a potem Platformy Obywatelskiej, obecnie szef Stronnictwa Demokratycznego