Było przełomem. Gdańska prokuratura zyskała dzięki temu sprzymierzeńca, a ministerstwa i inne instytucje do tego powołane, dysponujące odpowiednią dokumentacją
zaczęły spełniać swoje obowiązki. Fakt, że ta nabrała trwale publicznego charakteru, powoduje, że wzrosła sprawność postępowania, że ci, którzy hamowali do tej pory czynności
prokuratury, obawiają się to w dalszym ciągu robić. Coraz rzadziej się zdarza, by ten czy inny urzędnik odmówił udostępnienia lub odtajnienia fundamentalnych dla sprawy dokumentów. To samo
mówią nam prokuratorzy.
Rząd Donalda Tuska wszedł w nasze buty. Trzeba pamiętać, że wniosek o powołanie komisji śledczej złożyło Prawo i Sprawiedliwość i on czekał na uwzględnienie. Oczywiście dopiero dzięki
poparciu ze strony Platformy pojawiła się w Sejmie większość zdolna ustanowienie komisji przegłosować. Pierwszy impuls wyszedł jednak z naszej strony.
Za wcześnie na takie oceny. Fenomen komisji rywinowskiej i orlenowskiej opierał się w dużej mierze na tym, że od samego początku przesłuchiwani byli ludzie z najwyższej politycznej półki
– ministrowie, prominenci... Ta sprawa ma inny charakter. My także dojdziemy do prominentów, którzy mogą być za nią odpowiedzialni, ale musimy wykryć wszystkie zaniedbania, jakie
miały miejsce na niższych szczeblach – w strukturze policyjnej, prokuratorskiej i więzienniczej.
To przejaw słabości i bezsilności państwa. Komisja wykrywa nieprawidłowości w funkcjonowaniu organów ścigania, a jednocześnie wciąż popełniane są kolejne. Weźmy chociażby sprawę
samobójstwa olsztyńskiego strażnika. Po pierwsze jest tu kwestia ochrony ważnych świadków. Po drugie profesjonalnego ustalenia związku, jaki to zajście ma z całą sprawą. To, że takie
przypadki mają miejsce, potwierdza, że komuś bardzo zależy na tym, żeby sprawa Olewnika nigdy do końca nie została wyjaśniona. Są one zarazem dowodem na to, jak bardzo ta komisja jest
potrzebna jako organ, który patrzy na ręce prokuraturze i umożliwia obywatelom ocenę funkcjonowania państwa. Jedna z sytuacji całkowicie niedopuszczalnych jest taka, w której minister
sprawiedliwości i prokurator generalny dowiaduje się o samobójstwie strażnika 4 dni po fakcie. Niezrozumiałe jest także, że jeszcze przed powołaniem zespołu do wyjaśnienia związku
samobójstwa ze sprawą, minister orzeka w sposób całkowicie arbitralny, że żadnego związku nie ma. Absurdem jest twierdzić, że można było tę kwestię rozstrzygnąć w jeden dzień. Opinia
publiczna została uspokojona. Tymczasem „dowody”, które przedstawiono, o niczym nie przesądzają – wręcz przeciwnie. Jeżeli osadzony, którego pilnował, wszedł w
posiadanie alkoholu i narkotyków, to któż mógł najwięcej na ten temat wiedzieć? Skoro były one wprowadzane z zewnątrz, to albo strażnik doskonale wiedział, przez kogo, albo mógł
wytypować kilka osób, z którymi osadzony się spotykał, albo – w najdalej idących podejrzeniach – sam mógł je wnosić. Jeżeli mamy do czynienia z człowiekiem, który ma
problemy osobiste i finansowe, który może mieć problemy z psychiką, to jest to idealny obiekt szantażu, którego można bardzo łatwo uzależnić i wymóc na nim spełnianie poleceń. Dlaczego
więc twierdzi się, że te przyczyny osobiste miałyby wykluczać związek strażnika ze sprawą? Czyżby organy ścigania znowu zawiodły, i to zarówno na najwyższym, jak i na najniższym
szczeblu.
Tak. Proszę sobie wyobrazić: na miejsce zdarzenia jadą policjanci i znajdują osobę, która odebrała sobie życie. Pytanie podstawowe: dlaczego tam nie ma prokuratora?! Przepisy stanowią tu
jednoznacznie. Ale skoro już go nie ma, to pierwsza rzecz, jaką powinni zrobić policjanci, to sprawdzić tożsamość samobójcy. Zajrzeć mu do portfela, gdzie znajdą legitymację strażnika
służby więziennej. W tych okolicach nie ma wielu więzień. Jest natomiast więzienie, w którym od lat nie było równie bulwersującego zdarzenia jak odebranie sobie życia przez Franiewskiego.
I policjant nie jest w stanie tych faktów skojarzyć? Powinien natychmiast postawić na nogi całą miejscową policję i prokuraturę, ściągnąć na miejsce ekspertów. Obecność prokuratora
jest bardzo ważna, bo to on decyduje o charakterze zdarzenia i o czynnościach, których już później nie można powtórzyć.
Jeśli chodzi o kradzież, potrzebna jest jednak pewna doza dystansu, dopóki nie dowiemy się więcej. Na razie musimy poczekać. Policja nie stwierdziła jeszcze nawet, że miało miejsce
przestępstwo. Można jedynie spekulować, jakie były motywy sprawców. Okazuje się, że giną jakieś laptopy, jakieś rejestratory z dokumentacją, ale nie wiemy, co na nich jest. Mamy akta
całej sprawy.
Relacje pani adwokat i organów ścigania wskazują na to, że kradzież była „przeprowadzona przez profesjonalistów”, którzy dokładnie wiedzieli, czego szukają. Można w tym
incydencie widzieć demonstrację siły, ostrzeżenie ze strony mocodawców porwania i zabójstwa Olewnika, czy to względem pani adwokat, czy podejrzanych.
Cała sprawa Olewnika zasadza się w ogromnej mierze na poczuciu bezkarności. Dlatego mówię o bezsilnym, bezradnym państwie. Oczywiście dzięki przyspieszeniu, które miało miejsce m.in.
dzięki powołaniu komisji śledczej, państwo jest „trochę mniej bezradne”. Tyle że to „trochę mniej” oznacza w tym przypadku tyle, że nie ma w tej
sprawie porwań kolejnych ludzi, przykuwania do betonu, dręczenia, żądań okupu, kradzieży akt śledztwa... To jest to „trochę mniej”. Natomiast ciągle jeszcze widać, że
działają. Ciągle jesteśmy zaskakiwani wydarzeniami, za którymi w sposób ewidentny stoją ci, do których wykrycia dążymy. To tamta strona jest wciąż aktywna, a państwo, prokuratura są
sprowadzone do roli likwidowania skutków tych działań.
Prokuratura ma w tej chwili do czynienia z niewyobrażalnie rozrośniętym śledztwem, ponieważ przez wiele lat nikt nie chciał ucinać tej hydrze łba na bieżąco. Przecież jeżeli w trakcie
śledztwa ci ze sprawców, którzy zostali wykryci i osądzeni, bez przerwy dokonywali przestępstw, to świadczy to o tym, że oni się konsekwencji ze strony polskiego państwa kompletnie nie
boją. Dlaczego się nie bali? Albo byli w zmowie z organami ścigania, albo mieli potężnych mocodawców, albo na początku ryzykowali, ale rozzuchwaliła ich nieudolność służb, które miały
ich wytropić. To cały czas ustalamy. W tej ostatniej kradzieży można dostrzec analogię do sytuacji z czerwca 2004, kiedy w przełomowym dla sprawy momencie, po przesłuchaniu ważnego świadka,
prokuratura okręgowa nakazała zwolnienie Kościuka ze względu na zbyt słabe dowody i w chwilę potem w bardzo dziwnych okolicznościach zniknął samochód policyjny z aktami. Później w toku
śledztwa mieliśmy też przykłady zastraszania świadków. Krótko mówiąc – rzeczywiście – to się jeszcze nie skończyło, walka o wyjaśnienie tej sprawy cały czas trwa. I
nie skończy się, dopóki nie dotrzemy do mocodawców tej zbrodni i nie uniemożliwimy im działań, jakie od lat prowadzą. I o to zabiega zarówno komisja śledcza, jak i prokuratura.
Mamy do czynienia z sytuacją, że np. dwóch policjantów, którzy mają zarzuty prokuratorskie, mało, że nadal pracuje, to nawet awansowało w Centralnym Biurze Śledczym. To świetny przykład
mechanizmu reagowania przez organizm państwowy na wykrywane przez komisję i prokuraturę nieprawidłowości: prokurator przedstawił zarzuty i wystąpił do sądu z wnioskiem o areszt, a ci ludzie
dalej funkcjonują w policji, powierza się im bardzo odpowiedzialne zadania – zupełnie jakby nic się nie stało! To szokujące, ale ich przełożeni zachowują się, jak gdyby nie
docierało do nich, że ci policjanci mają postawione zarzuty o rażące zaniedbania w prowadzeniu śledztwa, gdzie ktoś za te zaniedbania zapłacił życiem! To jest zarazem część odpowiedzi na
pytanie o to, kto tutaj reaguje w sposób niewystarczający i dlaczego te przypadki mogą się jeszcze zdarzać.
Przede wszystkim reforma prokuratury. To bardzo ważne, żeby nie mylić reformy z instrumentalnym przejęciem prokuratury, czy to przez kolejny rząd, czy przez korporacje prawnicze. Prokurator
powinien być profesjonalny i niezależny, ale zarazem powinien ponosić odpowiedzialność za to, jak sprawuje swoją funkcję – włącznie z wyrzuceniem z pracy i wszczęciem wobec niego
postępowania służbowego lub karnego. Tak długo jak będzie to wyglądało inaczej, będziemy narzekali, że ta instytucja jest ułomna. To jest także kwestia mechanizmów awansu. Prokurator
przełożony, który nadzoruje prokuratora prowadzącego śledztwo, powinien być mądrzejszy od swojego podwładnego, a przynajmniej tak samo mądry. Nadzór nie może być fikcją, a powinien
rodzić odpowiedzialność tego, kto go wykonuje.
Oczywiście, że się da. Tylko trzeba się za to zabrać zupełnie inaczej niż autorzy projektu, który został właśnie przegłosowany. Kluczowa jest kwestia niezależności prokuratora, a co to
za niezależność, jeśli prokuratorowi prowadzącemu śledztwo zwierzchnik może powiedzieć: „Ty chcesz Kowalskiego oskarżyć? Nie. Ty masz umorzyć i masz jeszcze napisać do tego
uzasadnienie, takie jest moje polecenie”. Na mocy tej ustawy może to zrobić. I do kogo ma pójść taki poddany naciskowi prokurator? W tekście ustawy określone jest, że jeśli
wyprowadzi tego typu informacje na zewnątrz, to będzie miał postępowanie dyscyplinarne. Zostaje mu tylko zwierzchnik, który mu dał to polecenie. W tym miejscu należało akurat zostawić
przepisy takie, jakie były, bo one zapewniały prokuratorowi prowadzącemu śledztwo, w razie nacisków, możliwość odwołania do jeszcze wyższej instancji, mógł także zażądać wyłączenia
się ze sprawy.
Tak. One dają możliwość sterowania prokuratorami i pozbycia się prokuratorów niechcianych, którzy awansowali w okresie rządów Prawa i Sprawiedliwości.
Wydaje mi się, że pod pretekstem rozdzielenia funkcji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego postanowiła opanować prokuraturę. W jakim celu chce ją opanować, to inna sprawa. Przez
pryzmat sprawy Olewnika widać jednak, do czego prowadzą mechanizmy, które ta ustawa konserwuje, a nawet wzmacnia. Potrzebna jest nowa ustawa: nie proteza, czterdziesta czwarta nowelizacja ustawy z
1985 roku, ale rzetelna, głęboka reforma.