Za wcześnie, żeby zrozumieć sens tej informacji, jest m.in. dla aktora Daniela Olbrychskiego, który przyjaźni się z pisarzem od dawna i grał jedną z głównych ról w ekranizacji jego książki "Blaszany bębenek". Jak dowiedział się dziennik.pl, Olbrychski specjalnie ucieka od mediów, by to przemyśleć.
Grassa potępia za to inny noblista, były prezydent Lech Wałęsa. "Gdańsk, tu się wojna rozpoczęła, a on na ochotnika służył w SS. Ja rozumiem zwykłych Niemców
wciągniętych siłą - mam wielu takich przyjaciół w Niemczech. Ale oni byli wciągnięci, a on walczył na ochotnika". Laureat pokojowego Nobla uważa, że "Grass nie
otrzymałby wyróżnienia, gdyby było wiadomo, że był w SS. Byłoby lepiej, gdyby Grass oddał tytuł honorowego obywatela Gdańska". Wałęsa mówi, że sam tak
właśnie by zrobił.
W oczach Wojciecha Roszkowskiego, znanego polskiego historyka i europarlamentarzysty, Grass stracił wiarygodność. Choć - jak zaznaczył - "można podziwiać go za odwagę
cywilną", jednak mocno spóźnione wyznanie podważyło autorytet pisarza jako pacyfisty i wybitnego moralisty. "Trudno być moralistą, jeżeli się przez tyle lat
ukrywało taki fakt. Pytanie pozostaje - dlaczego przez tyle lat milczał i co w świetle tego oznacza jego moralistyka?".
Więcej zrozumienia zdają się mieć dla Güntera Grassa koledzy pisarze. Jerzy Pilch uważa że pisarz rozliczał się jedynie z własną przeszłością, nie bacząc na wielu wrogich mu Niemców. "Powiedział pewnie sobie <mam was wszystkich gdzieś, robię to wyłącznie dla siebie> i powiedział, co miał powiedzieć. A że u nas panuje polityczny klimat sprzyjający rozliczeniom z życiorysów, to komentarze są takie, a nie inne".
Znacznie dalej w obronie noblisty idzie trójmiejski pisarz i historyk literatury na Uniwersytecie Gdańskim, prof. Stefan Chwin. Uważa on, że "błąd" młodości, jaki popełnił Günter Grass, wstępując do Waffen-SS, w żaden sposób nie powinien podważać jego zasług dla pojednania polsko-niemieckiego."Choć, gdy dowiedziałem się o tym sam, przeżyłem pewien zawód, to jednak w niczym to nie może zmieniać globalnej oceny postawy Grassa. On zawsze był i będzie życzliwy Polsce".
Chwin uważa, że komuś, kto wyznał swoje winy, powinno się po chrześcijańsku wybaczyć i żyć dalej w zgodzie. Nie chciałby też widzieć, jak pisarz traci tytuł honorowego gdańszczanina. "Byłoby to sprzeczne z interesem Polski i Gdańska". O Grassie w kontekście interesu Polski mówi także Władysław Bartoszewski. Mąż stanu, były szef MSZ i więzień obozu w Auschwitz radzi, żeby w sprawie pisarza zachować umiar i przyglądać się sprawie na spokojnie.
"To nie jest nasz problem, tylko Niemców, niech oni sobie z tym radzą. Lewica korzystała z niego jako znanego głosiciela antyamerykańskich poglądów i teraz mają kłopot, co z nim zrobić. Politycznie nigdy go nie lubiłem, ale przecież on był zwolennikiem godzenia się Niemców z Polakami. Poza tym to tylko siedem tygodni życia niepełnoletniego chłopaka, którego wcielono do wojska. Przecież pod koniec wojny brano wszystkich, czy chcieli czy nie."
Bartoszewski uważa, że w interesie Polski jest zachowanie spokoju i nieodrzucanie wszystkiego, co Grass zrobił dla naszego kraju. "Przecież on jest autorem najuczciwszej książki o Gdańsku i jego historii w ostatnich dniach wojny". Na koniec pozostaje jedynie trochę żalu. "Przeżyłem pewien zawód moralny. Günter Grass miał być autorytetem, a teraz to już niemożliwe".