Jest coś, co można by nazwać atmosferą publicznej debaty. W kraju może dominować szacunek ludzi dla siebie nawzajem, pomimo różnic, odrębności, prowadzonej rywalizacji, choćby
politycznej czy ekonomicznej. Może też panować atmosfera zajadłości, lekceważenia drugiego aż do pogardy. Ten właśnie klimat poprzedni ustrój generował aż w nadmiarze. Dziś, w
kontekście lustracyjnego przesilenia, trzeba znów przypomnieć sobie, jak to było.
Pogarda poszukuje sensacji, bo karmi się ludzką słabością. Gdy jej zabraknie, nie unika insynuacji. Akta SB są tu bogatym źródłem. Ileż radości można zaznać, kiedy przeczyta
się, że tzw. autorytet moralny albo spił się, albo i co gorszego popełnił. Z tego względu – karmienia własnej małości, uważam swobodny dostęp do akt byłej SB za dwuznaczny
moralnie. Jest przecież korzystaniem z owoców niecnych postępków bezpieki. To uwarunkowanie etyczne sugerowałoby poważne ograniczenia w dostępie do tych
dokumentów. Jakkolwiek ureguluje się tę kwestię prawnie, warto pamiętać o owym dwuznacznym wydźwięku, który z czytelnika zrobić może podglądacza czy
podsłuchiwacza.
Hak na każdego
Zwłaszcza, że poranna prasa już niemal codziennie przynosi kolejne sensacje zaczerpnięte z ubeckich teczek. Zaczynamy żyć w kraju, w którym coraz raźniej zaczyna się urządzać
polowania na ludzi, szuka haków, sposobów strącenia z piedestału. Dzieje się to pod niepisanym hasłem: „Nie ma niewinnych, nie ma czystych, wszyscy jesteśmy
(jesteście) umoczeni”.
Nie ma uczciwych, są tylko niedokładnie przebadani. A jeśliby ktoś próbował się uchylić, niech uważa: na niego też z pewnością coś się znajdzie. Ta atmosfera, choć przecież
nie wszechobecna, już jest. Warto, by nie stała się na dłużej chlebem powszednim Polaka.
Hasło „nie ma niewinnych” w tym kontekście nie jest bynajmniej owocem religijnej refleksji nad ludzką kondycją, że oto każdy człowiek na tej ziemi rodzi się grzesznikiem.
Płynie raczej z uczuć mniej wzniosłych: zawiści, chęci pogrążenia bliźniego swego, wbicia go w ziemię. Powie ktoś: wady stare jak świat, nad Wisłą znane od pokoleń. A jednak, przecież
można inaczej.
Istnieje cała bogata międzyludzka rzeczywistość, której nie da się uregulować kodeksami karnymi czy cywilnymi. Atmosfery wzajemnej pogardy ludzi do siebie, nieżyczliwości, chęci
pognębienia - nie da się rozwiązać prawnie. To sprawa wychowania, tradycji. Tu ważne są wzorce osobowe. Co zrobić jednak, jeśli niektórzy rodacy nie spoczną, zanim nie znajdą
haka na ewentualnych kandydatów na autorytety. Przerabialiśmy właśnie Herberta, Kuronia, wcześniej była Gilowska, następni czekają w kolejce, na nowe edycje gazet. Co stało się z
naszym językiem? Dlaczego dziś słowo „autorytet” brzmi jak szyderstwo?
W ogniu ataku znaleźli się działacze opozycji z czasów PRL. Raz jeszcze mści się na nich bycie wrogami przodującego ustroju. Prześwietla się powtórnie ich życie za
pomocą tych samych materiałów: ubeckich teczek. Haki starannie zebrane dziś zostają użyte przeciwko tym, którzy inaczej niż przestraszona większość narodu mieli wtedy
odwagę nie milczeć. Może więc przestraszona większość postanawia teraz odegrać się za swoje upokorzenia z przeszłości? Nie jest przyjemnie być tchórzem. Więc –
„łup”, „zbadajmy bohaterów”, „poddajmy ich próbie teczek”. Zewsząd wycieka lepki jad resentymentu. A przecież
można sobie odpuścić, uznać: oni wtedy byli wielcy, a ja mały. Koniec, kropka, amen. Dziś może być odwrotnie.
Naiwność ojca Hejmy
Piszę o tych ogólnych problemach stosunków międzyludzkich w ojczyźnie, by teraz odnieść się krytycznie do konkretnego przypadku. Z uporem godnym lepszej sprawy o. Maciej
Zięba, dominikanin, w wywiadzie dla „Dziennika” (21.08.2006) po raz kolejny stara się dowodzić agenturalnej działalności o. Konrada Hejmy, przekonując
czytelników, że sprawa jest niewątpliwa, przypominając o nagraniach, skrzynkach kontaktowych itp.
O. Zięba nie przyjmuje do wiadomości ani deklaracji Hejmy, że w swych intencjach nie był żadnym tajnym współpracownikiem, ani faktu, że w sporządzonej przez SB jego teczce brak
jest jakiegokolwiek zobowiązania do współpracy. Chciał załatwiać sprawy Kościoła. Najpierw poprzez kontakty z oficerem SB starał umożliwić rozszerzenie działalności wydawnictwa
„W drodze” w Poznaniu, a w okresie pobytu w Rzymie, był przekonany, że dostarcza informacje episkopatowi niemieckiemu. Że była to naiwność, brak doświadczenia, przeliczenie
się z własnymi siłami – dziś wiemy o tym bez wątpienia.
Jednak Hejmo nie robił tajemnicy ze swych kontaktów z SB. Mówił o tym w klasztorze, skarżył się, że na jego głowie jest „ta robota”. Nie pasuje więc
do niego przymiotnik: „tajny”, ze znanego skrótu TW. W tamtych czasach Kościół, by działać, kontaktował się z władzami. Jedni robili to kunsztownie,
jak choćby prymas Wyszyński, inni mniej zgrabnie. Tu niewątpliwie można pomyśleć o Hejmie. Jednak są granice w oskarżeniach. Hejmo załatwiał w swoim przekonaniu sprawy Kościoła, nie
bardzo więc da się powiedzieć, że postanowił być współpracownikiem SB i dla niej pracować: nie SB chciał pomagać, ale Kościołowi. O jego działalności można – i
pewnie z perspektywy historycznej trzeba – myśleć krytycznie, ale nie wolno w tym przypadku łatwo mówić o świadomej współpracy, która byłaby
kolaboracją, zdradą Kościoła. Można Konrada lubić, nie lubić, mówić, że roztropny lub naiwny, ale nie można stawiać tak ciężkich zarzutów.
Ocena działań o. Hejmy jako świadomego i tajnego współpracownika SB jest przejawem myślenia ahistorycznego, które odrywa się od realiów epoki, a co
najważniejsze od uwarunkowań osobistych Hejmy i nakłada abstrakcyjny wzorzec działania wobec bezpieki, pochodzący albo z innego środowiska, albo z innej epoki, na z gruntu odmienną sytuację
konkretnego człowieka, Konrada Hejmy.
Póki więc sprawy tak się mają, trzeba by zakładać niewinność Hejmy i przystać na to, że ani tajnym, ani świadomym współpracownikiem nie był, dopóki
bardziej obiektywna instancja (choćby sądowa), nie rozstrzygnie tej kwestii. Trzeba by uszanować człowieka. Zięba jednak domniemania niewinności w tej sprawie stosować nie zamierza. Sam wydaje
wyrok, niczym prokurator i dwuinstancyjny sędzia w jednym, a na dokładkę sędzia Sądu Najwyższego orzekający w jednoosobowym składzie.
Nie będę tu rozwodził się nad osobowością o. Konrada, ale właśnie ona, a także kontekst środowiska, w którym funkcjonował, od czego Zięba abstrahuje, uwiarygodniają jego
deklaracje, że nigdy nie miał zamiaru być tajnym współpracownikiem SB. Choć już wtedy, w latach 70. byli dominikanie, którzy widząc, w co Konrad się wplątuje, uważali
to za naiwność, grę nazbyt ryzykowną. Hejmo sam jednak tego nie widział. Dziś wiemy, że oni mieli rację, tajne służby wykorzystywały o. Konrada skrupulatnie. Nie należy jednak mylić
krótkowzroczności z byciem kapusiem.
Pasja oskarżycielska Zięby
Zapał oskarżycielski Zięby zdumiewa, zwłaszcza w kontekście tylu wypowiedzi hierarchów polskiego episkopatu, wzywających do powściągliwości, unikania pochopnych oskarżeń. A
jednak były prowincjał dominikanów powtarza raz jeszcze swoje zarzuty. Najwyraźniej nie wyciągnął wniosków z własnego wystąpienia telewizyjnego, kiedy to razem z
ówczesnym szefem IPN wydał wyrok na Hejmę, zanim sprawa została przez kogokolwiek rzetelnie zbadana. Kilka godzin przeglądania materiałów pozwoliło mu na przyłączenie
się do głosu skazującego: „zawartość teczek jest porażająca” – mówił Zięba.
Gdyby się jednak okazało, że Hejmo współpracę z SB podjął świadomie, niepokojąca jest pasja oskarżycielska Zięby i przekracza granice dobrego smaku. Czy przynależność do tego
samego zgromadzenia nic nie znaczy, czy tytułowanie się „braćmi” jest pustym słowem? Czy w rodzinie, dla przykładu, matka musi być główną publiczna
oskarżycielką swoich dzieci podejrzanych o przestępstwa? Czy musi w prasie mówić o swoich dzieciach: donosiciele, bandyci? A przecież dominikanie to ponoć jedna wielka rodzina.
Nie, nie musi być Zięba pierwszym rzucającym kamień, lepiej by ustąpił miejsca innym. Wierność prawdzie i zasadom moralnym jest czymś innym, aniżeli ta zaskakująca, powtarzająca się w
wypowiedziach Zięby chęć pogrążenia Konrada. „Co on mu takiego zrobił?” – chciałoby się spytać. A może to syndrom kata i ofiary?
W całej tej sprawie nie bez znaczenia jest fakt, że, jak powszechnie wiadomo, Maciej Zięba był prowincjałem dominikanów, co oznacza m.in. dostęp do tajnego archiwum zakonu w Polsce,
dysponowanie poufną wiedzą w różnych kwestiach, także wiedzą personalną. Tym bardziej powinien być on powściągliwy w oskarżaniu swoich braci. To także kwestia smaku.
Gdyby natomiast zdarzyć się miało kiedyś jeszcze, że o. Hejmo kandydowałby na jakiś urząd kościelny (choć ta konstrukcja jest zapewne modus irrealis), to niechże by wtedy zajęła się
jego sprawą stosowna komisja kościelna. Na razie jednak, jako osobie wolnej od oficjalnych stanowisk, może lepiej byłoby – drogi Ojcze Macieju – najzwyczajniej w świecie dać
już spokój. Czy o wszystkich ludzkich błędach albo i grzechach trzeba systematycznie trąbić w prasie?
O. Tadeusz Bartoś, dominikanin, teolog, publicysta. Dyrektor Dominikańskiego Studium Filozofii i Teologii w Warszawie