"Bo jeśli instalować mikrofony i kamery w pokoju za zgodą gospodarza, a bez zgody gości, to dlaczego nie instalować pluskiew w sali, gdzie odbywa się zamknięte dla postronnych zebranie" - pisze w DZIENNIKU publicysta Piotr Zaremba.
W kontredansie oskarżeń i kontroskarżeń wywołanych „taśmami prawdy”, w które zaangażowała się część środowiska dziennikarskiego, nie
biorę udziału. Nikt mi nie podsunął do podpisu żadnego oświadczenia. Członkiem zarządu Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich nie jestem, w ogóle nie należę do tej organizacji. Czy jednak
podpisałbym list grupy dziennikarzy, który stanowisku SDP dał odpór?
Na pewno wziąłbym w obronę Andrzeja Morozowskiego i Tomasza Sekielskiego przed insynuacjami polityków PiS. Niczym niepotwierdzone, oparte na logice „komu to służy” – były zgiełkiem mającym zakrzyczeć złe wrażenie wywołane tym, co zobaczyliśmy w pokoju Renaty Beger. Nie zmienia tego nawet afera Milana Suboticia – skądinąd warta zbadania, jak wszystko, co dotyczy domniemanych związków mediów ze służbami, ale z programem „Teraz My” łączona na razie na zasadzie wyłącznie skojarzeń. Także broniłbym Morozowskiego i Sekielskiego, nawet jeśli oni sami niepotrzebnie występują dziś jako zbyt hałaśliwi sędziowie we własnej sprawie i zakrzykują gości w swoim kolejnym programie.
Kamienie i armaty
To jednak nie jest odpowiedź na pytanie, czy rzuciłbym kamieniem w SDP, gdy tak wielu dziennikarzy strzela do tej organizacji z armaty. Z pewnością Stowarzyszenie powinno unikać słów niepasujących do sytuacji. Podpatrzona relacja nie była jednak „propagandą”. Ale czy to grono powiedziało z kolei rzeczywiście coś „haniebnego” – jak twierdzą autorzy kontrlistu? I czy naprawdę zadaniem organizacji dziennikarskiej jest mechaniczna obrona każdego z nas – bez względu na okoliczności – a takie wezwania dominują?
Zawsze ostatnio chętny do piętnowania kolegów po fachu najostrzejszymi słowami Tomasz Lis już wie, o co chodzi – to Stowarzyszenie Dziennikarzy Prawicowych, które gorliwie wysługuje się obecnej władzy. Argument Lisa ma taką samą wartość jak analogiczne stwierdzenie: „autor programu Co z tą Polską na czele konsorcjum lewicowych dziennikarzy broni wszystkiego, co szkodzi znienawidzonemu PiS”. Albo oba twierdzenia są prawdziwe, albo nie prowadźmy dyskusji tak zacietrzewionym językiem.
Mam bowiem wrażenie, że niezależnie od sympatii tego czy innego członka władz SDP w sporze, który się rozpoczął, a który wielu próbuje zdusić epitetami i etykietkami, chodzi o coś więcej niż różnice polityczne. Wyraziła to dobitnie w spokojnym tonie na łamach „Rzeczpospolitej” zasłużona dziennikarka radiowa Janina Jankowska, której w rolę rzecznika jakiejkolwiek partii wepchnąć się nie da. Co nie oznacza, że musi ona akceptować metodę dziennikarskiej prowokacji. Czy to różnice pokoleniowe: spór starszego, bardziej klasycznego dziennikarstwa z nowszym, bardziej drapieżnym i komercyjnym? Trochę tak, choć z mojej prywatnej sondy wynika, że podziały przebiegają w poprzek grup wiekowych. Nawet miejsce akcji tu wszystkiego nie tłumaczy. Całkowicie popierająca to, co zrobili Morozowski i Sekielski „Gazeta Wyborcza”, zacytowała wypowiedź dziennikarza niemieckiego „Welta”, który jest najwyraźniej na tyle zacofany, że czegoś takiego by nie zrobił.
Kamery, mikrofony i pluskwy
Pytanie pierwsze oponentów brzmi: czy wolno podpatrywać i podsłuchiwać. Rejestrować rozmowę, która choć w jakimś stopniu publiczna (politycy gadają o polityce i przesądzają o sprawach państwa), może zawierać elementy prywatne. Przykładowo: ktoś, kto w czterech ścianach klnie, niekoniecznie będzie to robił wobec publiczności. Zdaje się, że i prawo, i formalne kodeksy dziennikarskie niczego takiego nie zabraniają. Pojawia się jednak pytanie o granice. Bo jeśli instalować mikrofony i kamery w pokoju za zgodą gospodarza, a bez zgody gości, to dlaczego nie instalować pluskiew w sali, gdzie odbywa się zamknięte dla postronnych zebranie. Albo podsłuchiwać na odległość (technika się rozwija) cudze rozmowy, zakładając, że są publiczne. Albo podkradać dokumenty? W takiej sytuacji dziennikarz zmieniłby się w stosującego operacyjne techniki śledczego. Oczywiście wiem, że z „a” nie zawsze wynika „b”. Zakładam, że akurat Morozowski i Sekielski są tymi ludźmi, który umieliby granice dostrzec. Ale inni? W dobie Big Brothera i jajcarskich gier z ukrytymi kamerami? Więc zaniepokojenie działaczy SDP rozumiem. Choć sam wyraziłbym je nieco innymi słowami.
Drugie pytanie pojawiające się często w prywatnych rozmowach wielu dziennikarzy brzmi: czy prowokacja dziennikarska to jeszcze dziennikarstwo? Czy dziennikarz ma rejestrować rzeczywistość, czy ją tworzyć. Uznajemy za naturalne, że agenci FBI przebrani za arabskich szejków podsunęli w latach 70. łapówki 10 kongresmenom i 1 senatorowi, i że ludzie ci poszli potem do więzienia. Wraca jednak wątpliwość – na ile dziennikarz jest śledczym? I czy wybór obiektów, z których jedni będą prowokowani, a innych się oszczędzi, nie daje uzbrojonym w cuda techniki ludziom mediów zbyt wielkiej władzy. To pytanie może ważniejsze od politycznego kontekstu, choć i on się tu pojawia – skoro podobna operacja, zakładam, że podjęta z najlepszą wolą, może wywyższać i strącać polityków, ważyć na wyborczych wynikach. Analogie z aferą Rywina, gdzie też mieliśmy do czynienia z nagrywaniem bez wiedzy, są chybione, nie tylko dlatego, że trudno zestawiać małe gierki partyjnych funkcjonariuszy z próbą ograbienia Agory. Także i dlatego, że tam sytuacja była inna. To Rywin przyszedł jednak do Michnika, a nie Michnik zaaranżował sytuację, aby zbadać dla uciechy gawiedzi stopień pokus Rywina.
Gdy zaś pojawia się w tle polityka, pytanie dotyczy relacji między dziennikarzami i ludźmi „z tamtej strony”. Janina Jankowska nazwała może z przesadą posła Janusza Maksymiuka „kierownikiem produkcji TVN”. Może nie tylko TVN – z informacji „Newsweeka” wynika, że kasety oferowano też jakiemuś dziennikarzowi Polsatu. Kto więc tu był inicjatorem, a kto wykonawcą? Czy poseł Maksymiuk nie użył dziennikarzy – choćby działających w najlepszej wierze, a na pewno nie po to, aby wspierać partię Leppera?
Stawiając te pytania chciałbym, aby odpowiedzi były korzystne dla mediów, bo w ostatnich latach odegrały one, zgadzam się tu z dyrektorem TVN Adamem Pieczyńskim, po wielekroć rolę strażnika publicznego interesu. Mnie samemu cisną się na usta wyjaśnienia. Mechanizm dziennikarskiej prowokacji, w Polsce przebijający się głównie w tabloidach, na Zachodzie jest znany od dziesiątków lat. Jest to choćby wcieleniowy reportaż i wyprawa dziennikarza na lotnisko z nożem, by sprawdzić czujność odpowiednich służb.
Pytanie o motyw
Także styk dziennikarstwa z polityką rodzi setki dylematów. Wprawdzie – tu polemika z Pieczyńskim – sytuacja autorów „Teraz My” nie do końca przypomina dylematy Woodwarda i Bersteina z afery Watergate. Oni korzystali z informacji zastępcy szefa FBI Felta, ale niczego wspólnie z nim nie aranżowali. Ale rzeczywiście korzystanie z informacji, podsuwanych dokumentów, często zbieranych na inne postaci publiczne, stawia przed nami pytanie o motyw. I o naszą rolę w takiej sprawie. Sam byłem przedmiotem podobnych zabiegów i wybierałem dobro największe: poinformowanie opinii publicznej. Sekielski i Morozowski też jak rozumiem wybrali. Pokazując może nie do końca autentyczną sytuację, ale z pewnością autentyczny mechanizm.
Także skutki poszczególnych informacji rodzą poważne następstwa i stawiają nas wobec konfliktów sumienia. Pamiętam debatę w redakcji „Newsweeka”, czy zajmować się sprawą dziadka Donalda Tuska. Znaliśmy poszlaki jako pierwsi, choć z powodu cyklu wydawniczego daliśmy się ubiec różnym telewizjom. I mieliśmy świadomość, co oznacza publikacja – być może wpływ na wynik wyborów i pośrednie współdziałanie z Jackiem Kurskim, który chodząc za tą sprawą, nie miał czystych intencji. A jednak odpowiedź była: tak. Opinia publiczna ma prawo więcej wiedzieć. Byłem wśród tych, którzy wyrażali wątpliwości. Ale szanuję motywy kolegów, którzy podjęli taką decyzję.
To, że inni wykorzystali sprawę taśm Beger, wyolbrzymili ją z motywów politycznych, upstrzyli przesadnymi komentarzami – to zwykłe ryzyko zawodowe. Ale warto też dodać – każda taka sytuacja jest niepowtarzalna. Warta osobnego namysłu. Nie da się jej opisać uniwersalnym kodeksem etycznym. Jedyną drogą jest nieustająca debata.
Chcę wierzyć, że Morozowski i Sekielski postawili sobie odpowiednie pytania. Wiele zależy od szczegółów. Czy sami, jak twierdzą, poszli do Maksymiuka, czy on się do nich zgłosił? Na ile ulegli zbiorowej emocji własnej stacji wyraźnie nieprzychylnej obecnemu układowi rządzemu, a na ile jednemu podstawowemu kryterium – prawdzie. Ja ufam. Chcę ufać. Tomek Sekielski to autor dziesiątków materiałów śledczych demaskujących różne strony politycznych konfliktów. To także dzięki niemu Polacy poznali kulisy afery Rywina. To poważny atut, ale też zobowiązanie. Noblesse oblige.
Czy to jednak oznacza, że wszyscy muszą się zgadzać także i ze mną? Nie odczuwać niesmaku tam, gdzie ja znajduję jednak po wahaniach, usprawiedliwienia? Może z wyżyn Tomasza Lisa czy Moniki Olejnik, sygnatariuszy kontrlistu, wszystko jest zawsze jasne. Wystarczy obrazić działaczy SDP. Ja zachęcam: dyskutować, dyskutować, jeszcze raz dyskutować. Bo sztywnego kodeksu napisać się nie da. Ale wyrobić u siebie i innych odruchy, błogosławioną ostrożność – na pewno. Nie jest to wbrew pozorom dyskusja branżowa. Odsyłam do dziesiątków amerykańskich filmów, których wspólnym mianownikiem jest jedno: pytanie, jak dalece dziennikarz może komuś zrobić krzywdę.
A pytającym o stan dziennikarskiej solidarności w Polsce odpowiem, że czasem jest jej w Polsce za dużo, czasem za mało. Nie tak dawno tłumy znanych dziennikarzy zamykało się w klatce przed Sejmem na znak solidarności z człowiekiem skazanym za oszczerstwo. Wkrótce potem tak różne pisma jak „Wprost” i „Przekrój” ogłosiły, że bohater jednego tygodnia nie jest postacią bez skazy. Ale kiedy Jacek Łęski i Rafał Kasprów przegrywali proces z prezydentem – w oparciu o złe prawo i bez pełnego wysiłku sądu, aby sprawę wyjaśnić do końca, Jacek Żakowski ogłosił na zebraniu w SDP, że nic się nie stało.
A przecież oni także byli oskarżani przez środowiska postkomunistyczne, że działali jako narzędzie służb specjalnych. Mamy więc do czynienia z solidarnością mocno selektywną.
Piotr Zaremba, publicysta, komentator polityczny. Od początku lat 90. dziennikarz m.in. „Życia Warszawy”, „Życia”, „Rzeczpospolitej”, „Nowego Państwa” i „Gazety Polskiej”. Obecnie jest komentatorem „Newsweeka”. Ostatnio opublikował (wspólnie z Michałem Karnowskim) „O dwóch takich... Alfabet braci Kaczyńskich”.
Na pewno wziąłbym w obronę Andrzeja Morozowskiego i Tomasza Sekielskiego przed insynuacjami polityków PiS. Niczym niepotwierdzone, oparte na logice „komu to służy” – były zgiełkiem mającym zakrzyczeć złe wrażenie wywołane tym, co zobaczyliśmy w pokoju Renaty Beger. Nie zmienia tego nawet afera Milana Suboticia – skądinąd warta zbadania, jak wszystko, co dotyczy domniemanych związków mediów ze służbami, ale z programem „Teraz My” łączona na razie na zasadzie wyłącznie skojarzeń. Także broniłbym Morozowskiego i Sekielskiego, nawet jeśli oni sami niepotrzebnie występują dziś jako zbyt hałaśliwi sędziowie we własnej sprawie i zakrzykują gości w swoim kolejnym programie.
Kamienie i armaty
To jednak nie jest odpowiedź na pytanie, czy rzuciłbym kamieniem w SDP, gdy tak wielu dziennikarzy strzela do tej organizacji z armaty. Z pewnością Stowarzyszenie powinno unikać słów niepasujących do sytuacji. Podpatrzona relacja nie była jednak „propagandą”. Ale czy to grono powiedziało z kolei rzeczywiście coś „haniebnego” – jak twierdzą autorzy kontrlistu? I czy naprawdę zadaniem organizacji dziennikarskiej jest mechaniczna obrona każdego z nas – bez względu na okoliczności – a takie wezwania dominują?
Zawsze ostatnio chętny do piętnowania kolegów po fachu najostrzejszymi słowami Tomasz Lis już wie, o co chodzi – to Stowarzyszenie Dziennikarzy Prawicowych, które gorliwie wysługuje się obecnej władzy. Argument Lisa ma taką samą wartość jak analogiczne stwierdzenie: „autor programu Co z tą Polską na czele konsorcjum lewicowych dziennikarzy broni wszystkiego, co szkodzi znienawidzonemu PiS”. Albo oba twierdzenia są prawdziwe, albo nie prowadźmy dyskusji tak zacietrzewionym językiem.
Mam bowiem wrażenie, że niezależnie od sympatii tego czy innego członka władz SDP w sporze, który się rozpoczął, a który wielu próbuje zdusić epitetami i etykietkami, chodzi o coś więcej niż różnice polityczne. Wyraziła to dobitnie w spokojnym tonie na łamach „Rzeczpospolitej” zasłużona dziennikarka radiowa Janina Jankowska, której w rolę rzecznika jakiejkolwiek partii wepchnąć się nie da. Co nie oznacza, że musi ona akceptować metodę dziennikarskiej prowokacji. Czy to różnice pokoleniowe: spór starszego, bardziej klasycznego dziennikarstwa z nowszym, bardziej drapieżnym i komercyjnym? Trochę tak, choć z mojej prywatnej sondy wynika, że podziały przebiegają w poprzek grup wiekowych. Nawet miejsce akcji tu wszystkiego nie tłumaczy. Całkowicie popierająca to, co zrobili Morozowski i Sekielski „Gazeta Wyborcza”, zacytowała wypowiedź dziennikarza niemieckiego „Welta”, który jest najwyraźniej na tyle zacofany, że czegoś takiego by nie zrobił.
Kamery, mikrofony i pluskwy
Pytanie pierwsze oponentów brzmi: czy wolno podpatrywać i podsłuchiwać. Rejestrować rozmowę, która choć w jakimś stopniu publiczna (politycy gadają o polityce i przesądzają o sprawach państwa), może zawierać elementy prywatne. Przykładowo: ktoś, kto w czterech ścianach klnie, niekoniecznie będzie to robił wobec publiczności. Zdaje się, że i prawo, i formalne kodeksy dziennikarskie niczego takiego nie zabraniają. Pojawia się jednak pytanie o granice. Bo jeśli instalować mikrofony i kamery w pokoju za zgodą gospodarza, a bez zgody gości, to dlaczego nie instalować pluskiew w sali, gdzie odbywa się zamknięte dla postronnych zebranie. Albo podsłuchiwać na odległość (technika się rozwija) cudze rozmowy, zakładając, że są publiczne. Albo podkradać dokumenty? W takiej sytuacji dziennikarz zmieniłby się w stosującego operacyjne techniki śledczego. Oczywiście wiem, że z „a” nie zawsze wynika „b”. Zakładam, że akurat Morozowski i Sekielski są tymi ludźmi, który umieliby granice dostrzec. Ale inni? W dobie Big Brothera i jajcarskich gier z ukrytymi kamerami? Więc zaniepokojenie działaczy SDP rozumiem. Choć sam wyraziłbym je nieco innymi słowami.
Drugie pytanie pojawiające się często w prywatnych rozmowach wielu dziennikarzy brzmi: czy prowokacja dziennikarska to jeszcze dziennikarstwo? Czy dziennikarz ma rejestrować rzeczywistość, czy ją tworzyć. Uznajemy za naturalne, że agenci FBI przebrani za arabskich szejków podsunęli w latach 70. łapówki 10 kongresmenom i 1 senatorowi, i że ludzie ci poszli potem do więzienia. Wraca jednak wątpliwość – na ile dziennikarz jest śledczym? I czy wybór obiektów, z których jedni będą prowokowani, a innych się oszczędzi, nie daje uzbrojonym w cuda techniki ludziom mediów zbyt wielkiej władzy. To pytanie może ważniejsze od politycznego kontekstu, choć i on się tu pojawia – skoro podobna operacja, zakładam, że podjęta z najlepszą wolą, może wywyższać i strącać polityków, ważyć na wyborczych wynikach. Analogie z aferą Rywina, gdzie też mieliśmy do czynienia z nagrywaniem bez wiedzy, są chybione, nie tylko dlatego, że trudno zestawiać małe gierki partyjnych funkcjonariuszy z próbą ograbienia Agory. Także i dlatego, że tam sytuacja była inna. To Rywin przyszedł jednak do Michnika, a nie Michnik zaaranżował sytuację, aby zbadać dla uciechy gawiedzi stopień pokus Rywina.
Gdy zaś pojawia się w tle polityka, pytanie dotyczy relacji między dziennikarzami i ludźmi „z tamtej strony”. Janina Jankowska nazwała może z przesadą posła Janusza Maksymiuka „kierownikiem produkcji TVN”. Może nie tylko TVN – z informacji „Newsweeka” wynika, że kasety oferowano też jakiemuś dziennikarzowi Polsatu. Kto więc tu był inicjatorem, a kto wykonawcą? Czy poseł Maksymiuk nie użył dziennikarzy – choćby działających w najlepszej wierze, a na pewno nie po to, aby wspierać partię Leppera?
Stawiając te pytania chciałbym, aby odpowiedzi były korzystne dla mediów, bo w ostatnich latach odegrały one, zgadzam się tu z dyrektorem TVN Adamem Pieczyńskim, po wielekroć rolę strażnika publicznego interesu. Mnie samemu cisną się na usta wyjaśnienia. Mechanizm dziennikarskiej prowokacji, w Polsce przebijający się głównie w tabloidach, na Zachodzie jest znany od dziesiątków lat. Jest to choćby wcieleniowy reportaż i wyprawa dziennikarza na lotnisko z nożem, by sprawdzić czujność odpowiednich służb.
Pytanie o motyw
Także styk dziennikarstwa z polityką rodzi setki dylematów. Wprawdzie – tu polemika z Pieczyńskim – sytuacja autorów „Teraz My” nie do końca przypomina dylematy Woodwarda i Bersteina z afery Watergate. Oni korzystali z informacji zastępcy szefa FBI Felta, ale niczego wspólnie z nim nie aranżowali. Ale rzeczywiście korzystanie z informacji, podsuwanych dokumentów, często zbieranych na inne postaci publiczne, stawia przed nami pytanie o motyw. I o naszą rolę w takiej sprawie. Sam byłem przedmiotem podobnych zabiegów i wybierałem dobro największe: poinformowanie opinii publicznej. Sekielski i Morozowski też jak rozumiem wybrali. Pokazując może nie do końca autentyczną sytuację, ale z pewnością autentyczny mechanizm.
Także skutki poszczególnych informacji rodzą poważne następstwa i stawiają nas wobec konfliktów sumienia. Pamiętam debatę w redakcji „Newsweeka”, czy zajmować się sprawą dziadka Donalda Tuska. Znaliśmy poszlaki jako pierwsi, choć z powodu cyklu wydawniczego daliśmy się ubiec różnym telewizjom. I mieliśmy świadomość, co oznacza publikacja – być może wpływ na wynik wyborów i pośrednie współdziałanie z Jackiem Kurskim, który chodząc za tą sprawą, nie miał czystych intencji. A jednak odpowiedź była: tak. Opinia publiczna ma prawo więcej wiedzieć. Byłem wśród tych, którzy wyrażali wątpliwości. Ale szanuję motywy kolegów, którzy podjęli taką decyzję.
To, że inni wykorzystali sprawę taśm Beger, wyolbrzymili ją z motywów politycznych, upstrzyli przesadnymi komentarzami – to zwykłe ryzyko zawodowe. Ale warto też dodać – każda taka sytuacja jest niepowtarzalna. Warta osobnego namysłu. Nie da się jej opisać uniwersalnym kodeksem etycznym. Jedyną drogą jest nieustająca debata.
Chcę wierzyć, że Morozowski i Sekielski postawili sobie odpowiednie pytania. Wiele zależy od szczegółów. Czy sami, jak twierdzą, poszli do Maksymiuka, czy on się do nich zgłosił? Na ile ulegli zbiorowej emocji własnej stacji wyraźnie nieprzychylnej obecnemu układowi rządzemu, a na ile jednemu podstawowemu kryterium – prawdzie. Ja ufam. Chcę ufać. Tomek Sekielski to autor dziesiątków materiałów śledczych demaskujących różne strony politycznych konfliktów. To także dzięki niemu Polacy poznali kulisy afery Rywina. To poważny atut, ale też zobowiązanie. Noblesse oblige.
Czy to jednak oznacza, że wszyscy muszą się zgadzać także i ze mną? Nie odczuwać niesmaku tam, gdzie ja znajduję jednak po wahaniach, usprawiedliwienia? Może z wyżyn Tomasza Lisa czy Moniki Olejnik, sygnatariuszy kontrlistu, wszystko jest zawsze jasne. Wystarczy obrazić działaczy SDP. Ja zachęcam: dyskutować, dyskutować, jeszcze raz dyskutować. Bo sztywnego kodeksu napisać się nie da. Ale wyrobić u siebie i innych odruchy, błogosławioną ostrożność – na pewno. Nie jest to wbrew pozorom dyskusja branżowa. Odsyłam do dziesiątków amerykańskich filmów, których wspólnym mianownikiem jest jedno: pytanie, jak dalece dziennikarz może komuś zrobić krzywdę.
A pytającym o stan dziennikarskiej solidarności w Polsce odpowiem, że czasem jest jej w Polsce za dużo, czasem za mało. Nie tak dawno tłumy znanych dziennikarzy zamykało się w klatce przed Sejmem na znak solidarności z człowiekiem skazanym za oszczerstwo. Wkrótce potem tak różne pisma jak „Wprost” i „Przekrój” ogłosiły, że bohater jednego tygodnia nie jest postacią bez skazy. Ale kiedy Jacek Łęski i Rafał Kasprów przegrywali proces z prezydentem – w oparciu o złe prawo i bez pełnego wysiłku sądu, aby sprawę wyjaśnić do końca, Jacek Żakowski ogłosił na zebraniu w SDP, że nic się nie stało.
A przecież oni także byli oskarżani przez środowiska postkomunistyczne, że działali jako narzędzie służb specjalnych. Mamy więc do czynienia z solidarnością mocno selektywną.
Piotr Zaremba, publicysta, komentator polityczny. Od początku lat 90. dziennikarz m.in. „Życia Warszawy”, „Życia”, „Rzeczpospolitej”, „Nowego Państwa” i „Gazety Polskiej”. Obecnie jest komentatorem „Newsweeka”. Ostatnio opublikował (wspólnie z Michałem Karnowskim) „O dwóch takich... Alfabet braci Kaczyńskich”.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|