Koledzy demokraci wstydzą się swojego dawnego kandydata, starając się zapomnieć o wspólnych zdjęciach, jakie sobie z nim niedawno robili. Tyle że Kerry nie jest pierwszy. W demokracji słowem się walczy, ale i od słowa ginie. Przekonał się o tym już w 1945 roku wojenny zwycięzca premier Wielkiej Brytanii Winston Churchill. W ogniu kampanii wyborczej porównał socjalny program Partii Pracy do dzialalności gestapo. Ponieważ laburzyści byli jeszcze niedawno jego wojennymi sojusznikami, oburzyło to Anglików. Z powodu braku sondaży nie wiemy, czy z powodu akurat tej sprawy, ale pewne jest to, że Churchill wraz ze swą partią konserwatywną przegrał wybory. Niedługo później również republikański senator Robert Taft pogrzebał szanse na nominację swojej partii w wyborach prezydenckich. Jako dogmatyczny prawnik wdał się w nieostrożne rozważania o procesie norymberskim, stwierdzając, że „urąga amerykańskim standardom prawa”.
Czym bliżej dnia dzisiejszego, tym politykom było trudniej. W dobie wszechobecnej telewizji, wszędobylskich kamer i nachalnych reporterów strach powiedzieć cokolwiek. Panowanie nad własnym językiem stało się równie trudne, jak czarowanie nim wyborców. W jednej chwili można się było okazać zbyt frywolnym albo zbyt grubiańskim, zbyt złośliwym albo po prostu niedouczonym. Wprawdzie żaden z polityków nie poniósł aż tak straszliwej klęski, jak brytyjski producent jubilerskich wyrobów Gerald Ratner, który na uroczystej gali szepnął komuś do ucha, że większość wyrabianych przez niego precjozów to zwykły „shit” i zapomniał przy tym o bezpośrednim sąsiedztwie mikrofonu. W ciągu roku jego dobrze prosperująca firma popadła nieomal w ruinę. Ale ryzyko wyborczej klęski to dla ludzi polityki wizja unicestwienia, a w najlepszym razie dużych kłopotów. Jeśli nawet wywiną się z opałów, muszą się nieźle nagimnastykować.
Nie udało się amerykańskiemu prezydentowi Geraldowi Fordowi. W 1976 roku podczas telewizyjnej debaty z konkurentem Jimmym Carterem upierał się, że Polska nie znajduje się pod sowieckim butem. Dopytany przez Cartera poszedł dalej, zaprzeczając jakoby cała Środkowa Europa cierpiała od dominacji Kremla. Zdaniem historyków te parę słów mogło go kosztować prezydenturę. Zważywszy, że 16 lat wcześniej Richard Nixon przegrał tylko dlatego, że podczas debaty mocniej się pocił w świetle reflektorów, był to powód poważny. W dodatku mieliśmy do czynienia w wymianą poglądów, a nie z bezmyślnym chlapnięciem.
Nie mogła tego o sobie powiedzieć francuska premier Edith Cresson, która na początku lat 90. wyraziła przypuszczenie, że przynajmniej co czwarty Anglik to homoseksualista. Wywołała gromkie protesty we własnej ojczyźnie, ale przede wszystkim – co zrozumiałe – w Anglii. Mało brakowało, a doszłoby do inwazji przez kanał La Manche. Pani premier nie uniknęła przebłagalnej wizyty w Londynie i tłumaczenia, że została źle zrozumiana.
Tłumaczyć musiała się również premier Nowej Zelandii Helen Clark. W 2003 roku powiedziała publicznie, że gdyby Al Gore, a nie George Bush, był prezydentem, nie doszłoby do wojny w Iraku. Sprowadziło to na nią kłopoty – Nowa Zelandia jest sojusznikiem USA. Naciskana przez opozycję i prasę, szefowa rządu musiała posać do Busha specjalny list wyjaśniający.
Niekiedy nieostrożne wypowiedzi potrafią się zakończyć całkowitym unicestwieniem polityka, zwłaszcza nie z pierwszego szeregu. Przekonał się o tym niemiecki deputowany z ramienia liberalnej FDP Jürgen Möllemann. Kiedy porównał w 2002 roku wyczyny armii izraelskiej na Bliskim Wschodzie do wojsk Hitlera, wkrótce potem został wyrzucony z partii i zmuszony do rezygnacji z mandatu. W 2003 roku zginął, skacząc ze spadochronem. Spekulowano, że było to samobójstwo.
Nieostrożne wypowiedzi na temat innych narodowości lub krajów mogą stać się powodem wielkich kłopotów, ale mogą też ujść na sucho. Kiedy prezydent Francji Jacques Chirac poradził podczas debaty nad traktatem konstytucyjnym państwom środkowej Europy, aby „skorzystały z okazji, by siedzieć cicho”, w ojczyźnie włos mu z głowy nie spadł. Nietaktem oburzały się gazety, ale w Polsce. Natomiast utrafienie w czuły punkt politycznej poprawności wiąże się z ogromnym ryzykiem. Chcąc uczcić blisko 100-letniego republikańskiego senatora Stroma Thurmonda, szef republikanów w Senacie Trent Lott rozpływał się w komplementach. W pewnym momencie zagalopował się tak daleko, że oznajmił: gdyby senator Thurmond wygrał wybory prezydenckie w 1948 roku, Ameryka wyglądałaby inaczej. Rzecz w tym, że Thurmond startował wówczas z ramienia partii Praw Stanowych, która powstała na chwilę, aby bronić na amerykańskim Południu segregacji rasowej. Oburzenie – nie tylko społeczności murzyńskiej – było tak wielkie, że Lott tłumaczył się wiele miesięcy, a i tak stracił stanowisko lidera swojej frakcji. Za to Ronald Reagan chlapał wielokrotnie, ale uchodziło mu to na sucho z powodu osobistej popularności. Kiedy raz, nie zwracając uwagi na mikrofon, odegrał scenkę wysłania amerykańskich rakiet na Związek Radziecki, rodzima opinia publiczna uznała to za zabawne. Oburzali się pacyfiści, no i ma się rozumieć Sowieci.
Ale co zabawniejsze, wybaczano też kolejne lapsusy Donowi Quayle'owi. Ten wiceprezydent przy George'u Bushu seniorze, wcześniej senator z Indiany, nie potykał się bynajmniej na poważnych problemach politycznych. Potrafił za to pomylić się przy literowaniu słówka „potato” – ziemniak. Pomyłka to rzecz ludzka, ale wiceprezydent upierał się przy błędzie. Jego największym wyczynem było przypuszczenie, że w Ameryce Łacińskiej ludzie mówią... po łacinie. Choć poczynił tę uwagę przed wizytą w latynoskich krajach i wzbudził narzekania dziennikarzy, większość Amerykanów podeszła do tego pobłażliwiej. Oceniali możliwości Quayle'a po sobie? Łatwo za taką uwagę być zmuszonym do przeprosin, choć nie jestem politykiem.
Berło bezapelacyjnego rekordzisty w dziedzinie nietaktów dzierży jednak prezydent Rosji Władimir Putin. Podczas niedawnej wizyty premiera Izraela Ehuda Olmerta poprosił go, aby pozdrowił sędziwego prezydenta Izraela Kacawa oskarżonego o molestowanie 10 młodych kobiet. – Ho, ho, co za krzepa w tym wieku – powiedział Putin. Ale pomimo dąsów niektórych rosyjskich mediów, można pójść o zakład, że szefowi rosyjskiego państwa to nie zaszkodzi. A może wielu Rosjanom się to podoba? Odpowiednich sondaży nie przeprowadzono.
A co szkodzi polskim politykom? Kiedy chlapnięcie staje się kamieniem młyńskim u szyi, a kiedy tylko okazją do zrzędzenia opozycji i gazet, a z czasem zabawną anegdotą? Trzy razy nieostrożne wypowiedzi (lub zachowania i wypowiedzi) miały prawdopodobnie bezpośredni wpływ na wynik wyborów: Wałęsy w 1995, Włodzimierza Cimoszewicza w 1997 i Marka Belki w 2001. Za to lista wypowiedzi śmiesznych, dziwnych, skandalicznych lub tylko kontrowersyjnych wydłuża się z każdym miesiącem. Zajrzyjmy do mojego subiektywnego słownika.
ANI ME, ANI BE, ANI KUKURYKU – 1995 rok. W ten sposób Lech Wałęsa wyraził jeszcze łagodną dezaprobatę wobec zachowania Aleksandra Kwaśniewskiego podczas telewizyjnej debaty prezydenckiej. Dalej będzie propozycja podania nogi i klęska Wałęsy.
Patrz: PANU MOGĘ PODAĆ NOGĘ, ZDROWIE NASZE W GARDŁA WASZE
BELKI LAPSUS – 2001 rok. Nikt nie pamięta, co Belka naprawdę powiedział, ale napomknął coś o cięciach – między innymi w zawartości emeryckich portfeli. Ważny element SLD-owskiej martyrologii, partia Millera uważała, że z jego winy utraciła szansę na bezwzględną większość w parlamencie. Mimo to Belka został ministrem finansów. W tamtym czasie zachowywał się jeszcze normalnie.
Patrz: JENNIFER LOPEZ
CO TY MI TU, KURWA, DAJESZ – 1996 rok. Takimi słowami odezwał się – zbyt blisko mikrofonu – marszałek Józef Zych (PSL) do urzędnika sejmowego, który coś mu wręczał podczas posiedzenia. Ani nie osłabiło, ani nie wzmocniło to pozycji marszałka, którego nie znała i nie zna – jak wynika z sondaży – ogromna większość Polaków. Ci sami Polacy nie mogli się w ten sposób dowiedzieć, że Zych to zapalony podpatrywacz ptaków, ofiara politycznych intryg Waldemara Pawlaka i osoba zwracająca się do bliskich sobie ludzi per „kutafony”.
Patrz: STAJE MI
GRUBA KRESKA – 1989 rok. Żaden nietakt, raczej pech prześladujący Tadeusza Mazowieckiego. Na dokładkę słowa nigdy niewypowiedziane. Mazowiecki, wówczas startujący i kochany przez naród premier, którego chwilowym omdleniem na trybunie przejęli się wszyscy, powiedział w exposé: „Przeszłość odkreślamy grubą linią”. Potem tych słów, już zmienionych, używano jako symbolu pobłażliwego stosunku Mazowieckiego i jego partii do postkomunistów. Były premier za każdym razem protestował, a ciemny naród się upierał.
GRUSZKI NA WIERZBIE – około roku 2002. Miały wyrosnąć zgodnie z wolą Leszka Millera. Później ulubiony wątek prześmiechuszek opozycji. Bardziej kompromitujący był jednak telewizyjny występ Millera w stroju górala podczas sylwestra poprzedzającego aferę Rywina. Premier baraszkował w śniegu wraz ze znanym polskim milionerem Jerzym Starakiem i jego rodziną.
Patrz: GRUSZKI NA WIERZBIE, NIE POCHODZIMY OD TEJ SAMEJ MAŁPY.
IRA SIAD! – 2006 rok. Jedyna wpadka nowego prezydenta, przy tym mało znana. Lech Kaczyński podchodzi do policjanta, który tresuje psa. Policjant woła: Ira siad! Ira nie siada. Prezydent na to: Irasiad jest zmęczony. Bez komentarza.
JA JAKO LEKARZ – 1992 rok. Fragment dłuższej wypowiedzi i równocześnie wkład posłanki ZChN Bogumiły Boby w debatę o ustawie aborcyjnej. Nie bardzo wiadomo, dlaczego śmieszny, bo Boba była naprawdę lekarzem – w co skądinąd trudno było uwierzyć. Poza tym została zapamiętana z dwóch rzeczy. Po pierwsze, według pamiętników Anastazji Potockiej o wdziękach Boby miał się lekceważąco wyrażać Stefan Niesiołowski. Po drugie, Boba odegrała swoją dziejową rolę, nie przychodząc na głosowanie decydujące o losie rządu Suchockiej. Rząd upadł jednym głosem. Wyrzucona z ZChN nieszczęsna pani doktor próbowała się zapisać do PSL. Tam jej nie przyjęto.
JA NIE JESTEM ŁAJDAKIEM – 1994 rok. Też fragment szerszej wypowiedzi wicepremiera i ministra finansów Grzegorza Kołodki. Wicepremier wykładał, że łajdakami są korzystający z pewnej ulgi podatkowej, której on był przeciwny. Wywołało oburzenie prasy i opozycji. Ale Kołodkę wykończył dopiero konflikt z innym specjalistą od wpadek słownych Włodzimierzem Cimoszewiczem.
Patrz: KOSZERNA GAZETA
JENNIFER LOPEZ – 2005 rok. Aktorka, z którą mógł się spotkać premier Marek Belka, o czym poinformował komisję śledczą badającą sprawę Orlenu. Rewelacja w dużej mierze przeoczona, gdyż w tym czasie premiera Belki machającego na widok dziennikarzy rękami i głową nikt nie brał poważnie. Z tego też powodu ani mu pomogła, ani zaszkodziła. Pomogła za to dziennikarzom Robertowi Mazurkowi i Igorowi Zalewskiemu ukuć teorię o szaleństwie każdego kolejnego ministra finansów. Bo Belka, zanim został premierem, był dwukrotnie szefem tego resortu.
Patrz: BELKI LAPSUS
KAMASZE – 2006 rok. Strój szykowany przez wicepremiera Ludwika Dorna dla lekarzy. Dla przeciwników – dowód na dyktatorskie zapędy polityka. Dla zwolenników – zapewne wyraz miłości wicepremiera do braci lekarskiej, ale Adama Bielana o to nie pytano.
KOSZERNA GAZETA – 1994 rok. Tak nazwał wicepremier Kołodko „Gazetę Wyborczą”, tłumacząc jakiemuś jej reprterowi, że nie będzie z nim rozmawiał. Uratował go refleks rzeczniczki prasowej, która „koszerną” zmieniła na „koszmarną”. Czy podobna zmiana uratowałaby na przykład Romana Giertycha? Tyle że ten nie ma na swoim koncie – w co trudno uwierzyć – żadnej słownej wpadki.
Patrz: JA NIE JESTEM ŁAJDAKIEM
KURWIKI W OCZACH – 2003 rok. Żadna wpadka, po prostu wyraz temperamentu posłanki Renaty Beger. Dalej było o seksie „jak owsie” i seksie „na dwa bata”, który posłanka zaproponowała dwóm młodym mężczyznom: reporterowi i fotoreporterowi „Super Expressu”. Wszystko sprzed czasów, gdy Beger została autorytetem moralnym.
ŁŻE JAK BURA SUKA – 2005 rok. Wypowiedź Ludwika Dorna o pewnym zagranicznym dziennikarzu („Financial Time”). Wicepremier jest z tego sformułowania dumny jako z oryginalnego wkładu we wzbogacanie polskiego języka. Co sądzą wyborcy – nie wiadomo.
Patrz: KAMASZE, WYKSZTAŁCIUCHY
ŁŻE-ELITY – 2006 rok. Obecny premier Jarosław Kaczyński użył tego sformułowania w kontekście, którego nikt już nie pamięta. Naturalnie jak zawsze była to tylko łagodna odpowiedź na wściekłe ataki Platformy Obywatelskiej. Skądinąd chciałby do nich należeć każdy warszawski i krakowski intelektualista, a w niektórych kręgach łże-elity stały się bojowym zawołaniem.
MĘŻCZYZNĘ POZNAJE SIĘ NIE PO TYM, JAK ZACZYNA, ALE JAK KOŃCZY – 1995 rok. Wyraz tężyzny fizycznej i umysłowej Leszka Millera i początek ciągu seksualnych skojarzeń premiera. Na końcu była pierś Aleksandry Jakubowskiej i obcałowywane po łokcie ręce co urodziwszych sejmowych dziennikarek. Później te słowa stały się powodem nieustających kpin ze słabnącego Millera. Jednak bardziej kompromitujący był Miller-góral.
Patrz: GRUSZKI NA WIERZBIE, NIE POCHODZIMY OD TEJ SAMEJ MAŁPY
MICHNIKA Z KACZYŃSKIM DEBATA – 1990 rok. Nie pamięta się z niej konkretnych słów, ale panuje przekonanie, że to starcie Adama Michnika z Jarosławem Kaczyńskim przed telewizyjnymi kamerami pomogło wygrać Wałęsie, a przegrać Mazowieckiemu. Michnik cały czas krzyczał. Kaczyński – może po raz ostatni w swoim politycznym życiu – zmógł go spokojem lub – jak kto woli – dał się zagadać.
MOGĘ ZAŚPIEWAĆ ALBO ZATAŃCZYĆ – 2004 rok. Pierwsza – poza chwilowymi pomrocznościami – poważniejsza wpadka Aleksandra Kwaśniewskiego. Tak prezydent zareagował na pytanie, dlaczego nie chce stawić się przed komisją śledczą w sprawie Rywina.
MÓWIĄ, ŻE PEDAŁY TEŻ – 2003 rok. Spontaniczna reakcja posłanki Anity Błochowiak na dziwaczne dywagacje Adama Michnika o kolorowych skarpetkach bikiniarzy. Powód wielokrotnych samokrytyk ambitnej polityk i dowód, że polska lewica nie jest jeszcze do końca lewicą europejską. Nie złamała Błochowiak kariery – wypowiada się ona dziś w imieniu SLD o wszystkim – od bankowości po młodzież szkolną.
NARZĘDZIA GWAŁTU NOSZĘ PRZY SOBIE – 1993 rok. Oświadczenie wicemarszałka Sejmu Andrzeja Kerna (PC) w odpowiedzi na zarzuty Anastazji Potockiej, że padła ofiarą jego chuci. Siedzący obok na konferencji prasowej partyjni koledzy spuszczali głowy i zasłaniali oczy. Później okazało się, że i Anastazja Potocka, i sprawa z ucieczką córki Kerna były dziełem służb specjalnych. Mimo to dowcipny Kern do życia politycznego po 1993 roku już nie wrócił.
NIE POCHODZIMY OD TEJ SAMEJ MAŁPY – 1992 rok. Błyskawiczna riposta Leszka Millera podczas debaty sejmowej na wypowiedź posła ZChN Macieja Srebro, którego słów ani jego samego nikt już nie pamięta. U Millera faza wstępna przed ciągiem skojarzeń seksualnych i strojem górala. Wybaczona mu przez mainstramowe media, bo, po pierwsze, po uważanym wtedy za partyjny beton nie spodziewano się niczego dobrego, po drugie, adresat był ZChN-owcem.
NIEWIDZIALNA RĘKA RYNKU OKAZYWAŁA SIĘ CZĘSTO RĘKĄ AFERZYSTY – 1992 rok. Wyjątek z przemówienia premiera Jana Olszewskiego. Dla liberałów dowód wrogości wobec rynku, dla wielbicieli pana Jana – wobec aferzystów. W związku z tą rozbieżnością uważana za kontrowersyjną.
PANU TO MOGĘ PODAĆ NOGĘ – 1995 rok. Pożegnanie Lecha Wałęsy z Aleksandrem Kwaśniewskim podczas debaty telewizyjnej, która mogła go kosztować prezydenturę. Później dowiedzieliśmy się, że krewkiego eksstoczniowca zdenerwowano z premedytacją, a przygotowaniami do tej prowokacji kierował Robert Kwiatkowski. Nie zmienia to faktu, że już po klęsce Wałęsa mówił nadal dziwne rzeczy – na przykład, że wybory zostały sfałszowane. W stanie tym pozostaje – z krótkimi przerwami – do dziś.
Patrz: ANI ME, ANI BE, ANI KUKURYKU, ZDROWIE WASZE W GARDŁA NASZE
POLSKA DLA POLAKÓW – około roku 1997. Okrzyk wzniesiony przez Michała Kamińskiego na pewnym prawicowym konwentyklu i powtarzany na pijackich spotkaniach. Ponieważ jednak groźny narodowiec był zarazedm kochanym przez dziennikarzy Misiem, nawet Adam Bielan nie musiał niczego tłumaczyć. Lapsus historyczny, który mógł być przebojem roku, a popadł szybko w zapomnienie.
POWINNI SIĘ UBEZPIECZYĆ – 1997 rok. Wpadka wpadek minionych 17 lat III RP. Ta praktyczna uwaga SLD-owskiego premiera Włodzimierza Cimoszewicza odwiedzającego powodziowe tereny, a dotycząca ludzi, którym woda zabrała dobytek, pomogła AWS wygrać wybory. W ślady Cimoszewicza próbował za to iść Ludwik Dorn, też plotąc coś o ubezpieczeniach podczas ostatniej małej powodzi. Na szczęście dla PiS nikt go nie słuchał.
SIO! – 1994 rok. Jedyna rzecz do zapamiętania, jaką w ciągu całej swojej politycznej kariery powiedział Waldemar Pawlak. Przez dziennikarzy, nie tylko tych, do których była skierowana na sejmowym korytarzu, koronny przykład arogancji władzy – naturalnie przed powstaniem PiS.
STAJE MI – 2006 rok. Tymi słowami przypomniał o sobie Józef Zych. Już tylko szeregowy poseł PSL, choć nadal podglądacz ptaków. Po ataku radości posłów dodał rytualne „przed oczami”, ale i tak doczekał się „złotych ust” radiowej „Trójki” – co chyba jest ukoronowaniem jego kariery.
Patrz: CO TY MI TU, KURWA, DAJESZ
WYKSZTAŁCIUCHY – 2006 rok. Rzeczywisty wkład Ludwika Dorna w słowotwórstwo, gdyby nie to, że słowo jest autorstwa pisarza Romana Zimanda. Dorn twierdzi, że miał na myśli niektórych inteligentów, intelektualiści – że ich wszystkich. Poza łże-elitami ulubione pozdrowienie na salonach.
Patrz: KAMASZE, ŁŻE JAK BURA SUKA
ZOMO – 2006 rok. I tu kłopot, bo nie wiadomo, kogo miał na myśli Jarosław Kaczyński przemawiający w gdańskiej stoczni. On sam tego nie wyjaśnił, a kontekstu nikt nie pamięta. Porównywalne z wpadką Churchilla zestawiającego socjalny program Partii Pracy z gestapo. Temat licznych listów dawnych opozycjonistów, którzy uważają, że Kaczyński porównał ich do ZOMO-owców.
ZDROWIE WASZE W GARDŁA NASZE – 1990 rok. Niewinny i w sumie sympatyczny toast Lecha Wałęsy z jakiegoś gdańskiego balkonu zaraz po wyborczym zwycięstwie w wyścigu prezydenckim. Najczujniejsi dopatrzyli się w nim jednak pierwszych przejawów alienacji władzy.
Patrz: ANI ME, ANI BE, ANI KUKURYKU, PANU TO MOGĘ PODAĆ NOGĘ
Senator John Kerry, drewniany niczym polski ekspremier Włodzimierz Cimoszewicz, żartem-nieżartem może zaważyć na wynikach amerykańskiej kampanii wyborczej. Sugestia, że żołnierze w Iraku to ofiary własnego nieuctwa, żyje własnym życiem.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Reklama
Reklama
Reklama