Dziennik Gazeta Prawana logo

Marcinkiewicz: Czasem nie jestem milutki

12 października 2007, 14:06
Ten tekst przeczytasz w 19 minut
"Zawsze miałem w PiS własne zdanie. Tworzyłem skrzydło w tej partii. Ale można mieć własne zdanie i być lojalnym" - mówi w DZIENNIKU kandydat na prezydenta Warszawy, były premier Kazimierz Marcinkiewicz. Rozmawia z nim Robert Mazurek.
ROBERT MAZUREK: „Nie przenoście nam stolicy do Gorzowa apeluje Platforma.
KAZIMIERZ MARCINKIEWICZ: To jakaś ich obsesja. Byłem niedawno na spotkaniu organizowanym przez „Forbesa, gdzie deklarowałem, że chciałbym koalicji PiS PO. Na co odpowiedziała mi pani Gronkiewicz-Waltz, że cztery lata temu Platforma już była w koalicji z PiS, ale skąd ja mógłbym o tym wiedzieć, skoro jestem z Gorzowa. No to wyjaśniłem, że cztery lata temu mieszkałem w Warszawie przy ul. Wspólnej, a pani Gronkiewicz-Waltz, o ile pamiętam, była wtedy w Londynie i nie zajmowała się polityką. Cóż, pani poseł ze mną walczy, taki ma pomysł na kampanię. A ja nikogo nie atakuję, mówię o programie.

Lech Kaczyński wygrał nie dlatego, że miał jakikolwiek program. Jan Rokita miał najlepszy program i sromotnie przegrał w Krakowie. Jeśli pan wygra, to dlatego że jest lubianym byłym premierem.
I dobrze ocenianym pełniącym obowiązki prezydenta miasta. Te sto dni pokazało przyspieszenie podejmowania decyzji, które dla miasta są ważne.

I obsuwę w przetargu na most Północny.
Proszę nie wierzyć wszystkiemu, co piszą gazety. Startujący w tym przetargu złożyli setkę pytań, ale zostały odrzucone w arbitrażu. Nic się nie zmieniło. Termin wyboru i podpisania umowy nie zostanie przesunięty i wybierzemy najlepszą ofertę jeszcze w tym roku.

Jak pan ocenia warszawską kadencję Lecha Kaczyńskiego?
Przez trzy lata uporządkował Warszawę, zadbał o przejrzyste procedury przetargowe, o bezpieczeństwo, stworzył wydziały obsługi mieszkańców i dziś można dynamicznie ruszyć z inwestycjami.

Czyli naprawić to, co położył Kaczyński.
Miasto już ruszyło. Przyspieszyliśmy znacząco większość inwestycji.

Stadion Legii miał być w tym roku oddany, a wy dopiero podjęliście decyzję.
Ale ja nie jestem zadowolony z tempa inwestycji przez ostatnie cztery lata i z tego, co wiem, Lech Kaczyński również nie jest z tego zadowolony.

To kto za to odpowiadał?
To splot kilku okoliczności. Po pierwsze, organizacji inwestycji, i być może miasto popełniło tu błędy; po drugie prawa, które jest beznadziejne, w Polsce znacznie dłużej przygotowuje się inwestycje, niż je realizuje. Zresztą jako premier zmieniłem ustawę o zamówieniach publicznych i teraz jest dużo łatwiej prowadzić inwestycje, proszę spytać przedsiębiorców. No i jest kwestia trzecia, czyli pieniądze obniżyliśmy deficyt miasta, jednocześnie w tym roku wydamy trzy razy więcej na inwestycje niż w roku ubiegłym, a w przyszłym niemal podwoimy i tę kwotę.

A kto ponosi odpowiedzialność za to, że jak dotąd Warszawa stała?
Nie wiem.

Niech pan nie kpi. Kaczyński, Kochalski byli z PiS.
Już mówiłem, że Lech Kaczyński też nie jest zadowolony z tempa inwestycji miejskich, tylko wyjaśniłem, jakie były ograniczenia.

A za cztery lata kto będzie winien? Prawo zmieniliście, pieniądze są. Gdzie znajdzie się winny, jeśli pan wygra?
Wystarczy spojrzeć, co mówiłem sto dni temu, kiedy zostawałem p.o. prezydenta. Wszystko zrealizowałem, czasem nawet więcej niż zapowiadałem. Oddanie cztery miesiące przed terminem Alej Jerozolimskich, oddanie siedem miesięcy wcześniej wiaduktu nad rondem Starzyńskiego to są fakty, nie obietnice. Unieważniłem przetarg na stadion Legii, ale przedstawiłem nowy pomysł i przekonałem Radę Warszawy, by sfinansowała jego budowę. Są pieniądze, będzie stadion, najszybciej jak to możliwe. Jest nowy konkurs na Muzem Sztuki Nowoczesnej.

Tylko nie ma zbiorów. Pokażemy puste ściany.
Warszawa, żeby stać się stolicą europejską, musi konkurować z innymi miastami tym, co ma najlepszego.

Akurat żadnej kolekcji nie mamy.
Ale tym, co możemy mieć najlepsze, jest kultura, sport i nauka. W tych dziedzinach Warszawa może być najlepsza w Europie Środkowej, ma potencjał, który trzeba rozbudzić.

To głodne kawałki.
Warszawa w jakimś stopniu już taka jest!

Co pan opowiada? Miasto, w którym koncert drugoligowego gitarzysty jazzowego staje się wydarzeniem sezonu, jest europejskim centrum kulturalnym?
Akurat jeśli chodzi o jazz, jesteśmy w europejskiej ekstraklasie. Na Warszawski Festiwal Filmowy zaczynają przyjeżdżać widzowie ze świata, organizujemy Muzyczną Pragę festiwal muzyki klasycznej z najlepszymi zespołami grającymi w pofabrycznych halach. To może nabrać rozpędu i rozsławić miasto.

Warszawiacy jeżdżą do Pragi, Berlina i Wiednia, więc wiedzą, że to, co pan mówi, to pobożne życzenia.
Oczywiście że to trochę chciejstwo, ale możliwe do zrealizowania. Na razie nie mamy gdzie zrobić koncertu na sto tysięcy ludzi, nie mamy hali widowiskowej na kilkanaście tysięcy, więc nie możemy gościć najlepszych zespołów rockowych świata.

Nie mamy nawet prostego chodnika na Marszałkowskiej, ale mamy blaszane budy, które pan popiera.
Nie przedłużam im żywota. Chcę, by jak najszybciej zabudowano centrum Warszawy.

I dlatego daje pan kupcom za półdarmo teren w centrum miasta?
Tak się dzieje na całym świecie. Jeśli stać kupców, którzy handlują tam od kilkunastu lat, by zbudowali centrum handlowe, to dlaczego tego nie robić? Lepszy byłby kolejny Carrefour, Auchan czy inna firma globalna? Wszędzie na świecie bazary przekształcały się w domy kupieckie i nie widzę powodu, by u nas nie działo się podobnie.

Na razie wycofuje pan podwyżkę czynszu dla nich.
Tak, bo nie chcę, by w centrum miasta były tak wysokie stawki czynszu, że handel i usługi uciekają na obrzeża. Mamy dwieście pustych lokali w samym centrum! Nikt nie chce płacić takiego czynszu. Widziałem w Ameryce miasta z opuszczonym centrum, gdzie straszy, bo życie przeniosło się do centrów handlowych na przedmieściach. Nie chcę czegoś takiego.

Co takiego przemawia za panem, by panu uwierzyć?
Po pierwsze doświadczenie. Przez dziewięć miesięcy zajmowałem się wszystkim w państwie. Tak prowadziłem sprawy związane z inwestycjami, że w tym roku mamy nienotowany w historii boom inwestycyjny w Polsce. Rozmawiałem z setkami inwestorów, prezesami najważniejszych instytucji świata i jak widać po efektach, potrafiłem to robić. Po drugie chcę zmienić politykę rozstrzygania przetargów. Najważniejszym kryterium nie będzie cena, tylko czas inwestycji, bo czas to pieniądz. Niech budują troszkę drożej, ale szybciej, bo to się per saldo miastu opłaci. Nie stać nas na wysokie koszty społeczne.

Widać to tempo przy remoncie Krakowskiego Przedmieścia. W sobotę o 14.00 nikt nie kiwnie tam łopatą.
Kiedy przyszedłem do Ratusza, to ten przetarg był już rozstrzygnięty, a i tak przyśpieszyłem remont Krakowskiego Przedmieścia. Zakończyłem spór o to, kto za co odpowiada i nakazałem rozpoczęcie prac.

Kryterium czasu daje pole do nadużyć. Oferent obieca krótki termin i zgarnie większe pieniądze, a potem będzie się ślimaczyło po staremu.
To niemożliwe. Dobra umowa jest tak skonstruowana, że kary finansowe za opóźnienia są drakońskie. Jeden dzień dłużej to poważna strata, dwa tygodnie w plecy oznaczają bankructwo.

Czemu prowadzi pan oddzielną od PiS kampanię wyborczą?
Na konwencjach w każdej dzielnicy spotykam się z działaczami PiS. Ja wspieram ich, młodzi ludzie z Prawa i Sprawiedliwości prowadzą moją kampanię. Nie widzę specjalnych różnic, choć lider warszawskiego PiS przedstawia czasem inne propozycje niż ja. Nie ma problemu, to się w kampanii zdarza.

A między panem a władzami PiS nie ma rozdźwięku?
Zawsze miałem w PiS własne zdanie, mogę to udowodnić, choćby cytując pańskie artykuły. Tworzyłem skrzydło w tej partii. Ale można mieć własne zdanie i być lojalnym.

Cały czas odmienia pan przez przypadki „lojalność. A może, kiedy odchodził pan z rządu, to nie była lojalność, tylko słabość?
Raczej czuję siłę, także polityczną, wewnątrz PiS. Cieszę się poparciem władz partii, premiera, jestem na czele listy najpopularniejszych polityków w Polsce gdzie tu słabość? Rozbijanie partii, do czego czasem jestem namawiany przez publicystów, było modne w latach 90.

I nie rozbije pan PiS?
Nie widzę powodów. Nawet gdy się nie zgadzam z czymś, co dzieje się w partii, mówię o tym głośno liderom, piszę artykuły.

Teraz namawia pan PiS i PO do współpracy. Jan Rokita od razu nazwał to elementem kampanii wyborczej i machnął na to ręką.
Politycy PO powszechnie uważają, że mam rację, ale nie mogą tego powiedzieć do czasu zakończenia kampanii wyborczej. Mam wielu przyjaciół w tej partii i wszyscy po tej inicjatywie mnie wsparli.

Moim zdaniem nawet pan nie podchodzi do tego serio. Ot, trzeba pokazać, że nie jest pan pisowiskim zakapiorem.
Mój ogląd tej sytuacji jest zupełnie odmienny. Mam wrażenie, że wszyscy czekali, aż ktoś głośno powie to, o czym wszyscy myślą lub mówią po cichu. I ja to powiedziałem. Zaraz po wyborach ten projekt zostanie wyjęty przez wszystkich, którzy dziś go lekceważą, bo taka jest potrzeba Polski, nie moja w kampanii.

I dzień po wyborach powstanie POPiS?
Nie powstanie żaden POPiS, bo nie o koalicję tu chodzi, ale o zakończenie wojny domowej i ugodę w dwóch najważniejszych sprawach: w wykorzystaniu środków unijnych i w polityce międzynarodowej. A po wyborach PO w wielu miastach będzie musiała wybierać, czy zawrzeć koalicję z PiS czy z SLD. I to będzie bardzo interesujący wybór.

Na razie to wy dokonaliście wyboru i zblokowaliście głosy z LPR i Samoobroną. Głosując na was, głosuje się na LPR i Leppera.
Nie, bo w Warszawie nie ma poparcia dla tych partii i nie ma problemu LPR i Samoobrony. Z czego się cieszę.

Mało to wiarygodne w ustach premiera rządu z Samoobroną i LPR.
Taka była potrzeba chwili. A dla stolicy najlepsza byłaby koalicja PiS i PO.

To niech pan powie coś dobrego o Hannie Gronkiewicz-Waltz.
Znam ją od wielu lat, jest bardzo sympatyczną osobą i stawia w polityce pierwsze kroki.

Zabawne. Kiedy w 1995 roku ona kandydowała na prezydenta, pan nawet nie był posłem.
Jeszcze wcześniej byłem wiceministrem edukacji, jednym z najmłodszych w rządzie. A miałem wyczucie i nie poparłem Hanny Gronkiewicz-Waltz. Całe jej kandydowanie było mocno nieudane. Ja mam dużo większe doświadczenie, choćby z szefowania rządem. I to nie były błahe sprawy: niezmiernie ważne negocjacje w Brukseli, w wyniku których odnieśliśmy ogromny sukces 67 miliardów euro piechotą nie chodzi. Przygotowałem i przepchnąłem przez Sejm budżet przyczyniający się do rozwoju Polski, wbrew opiniom wszystkich ekonomistów. I to ja miałem rację, bo mam intuicję ekonomiczną! To ja zwiększyłem wbrew stanowisku Ministerstwa Finansów planowane przychody z podatków i okazało się, że były one jeszcze wyższe niż moje plany.

Pan ma intuicję ekonomiczną, a Hanna Gronkiewicz-Waltz przez 8 lat była prezesem NBP.
Jest prawnikiem, nie finansistą, a ja zajmowałem się realnymi problemami Polski. Uważam, że czym innym jest nadzorowanie pracy innych banków, zwłaszcza gdy się ma do tego wielki aparat, a czym innym codzienne zajmowanie się wszystkim: bogactwem i biedą, sprawami finansowymi i socjalnymi, edukacją i służbą zdrowia. Miałem strajk lekarzy i pielęgniarek, byłem pierwszym premierem, który normalnie wyszedł do manifestantów i się z nimi dogadał.

Pan przez dwa dni zajmował się kontaktami z Europą na szczycie w Brukseli, ona przez cztery lata była wiceprezesem Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju w Londynie.
I ja dla Polski załatwiłem 67 miliardów euro, w co przed szczytem nikt nie wierzył, a ile w Polsce zainwestował EBOR? Co przez te cztery lata zrobiła dla Warszawy pani wiceprezes?

A co dobrego powie pan o Marku Borowskim?
Człowiek sprawny, można z nim rozmawiać, przekonać argumentami do różnych inicjatyw. Jeszcze jako poseł opozycji namówiłem go do akcji kupowania komputerów dla szkół.

Ale nie byłby takim dobrym prezydentem jak pan?
Gdybym sądził, że będzie lepszy, to bym nie startował. Powtórzę: nikt z moich konkurentów nie ma tak dużego doświadczenia.

Dlaczego więc człowiek o tak kolosalnym doświadczeniu nie jest premierem?
Bo nie jestem liderem partii, a jest nim Jarosław Kaczyński, który uznał, że nadszedł czas, by to szef partii został szefem rządu. Kiedy w 2005 roku podejmowałem to zobowiązanie, przyjmowałem je na cztery lata i nie jestem zadowolony, że zostałem zmieniony. Uważam, że wykonywałem swoje obowiązki dobrze, ale skoro zapadła taka decyzja polityczna, to lojalnie się z nią zgodziłem. Kiedyś przyjdzie czas na opowiedzenie całej historii o byciu premierem, o moim odwołaniu, prezydenturze Warszawy. Na razie razem z Ryszardem Schnepfem piszemy książkę o polityce zagranicznej.

Wrył się pan w pamięć jako mistrz autokreacji, spec od politycznego PR.
To zupełnie zadziwiające, bo ja codziennie podejmowałem setki decyzji, a by je podjąć musiałem rozmawiać z ludźmi, czytać dokumenty, analizy. I nikt mi nie zarzucał, że się z tym ociągam. Każdego dnia rozwiązywałem realne problemy ludzi, byłem w Polsce wszędzie tam, gdzie one się pojawiały.

Był pan wszędzie, by się pojawić w telewizji. Prowadził pan nieustanną kampanię wyborczą.
Kiedy w Katowicach zawalił się dach hali i zginęło kilkadziesiąt osób, natychmiast tam pojechałem i nie dopuściłem do siebie żadnego fotoreportera, żadnego dziennikarza, żadnej kamery. Dopiero kiedy sytuacja była już uporządkowana, zorganizowałem konferencję prasową. Nie pojechałem tam, by się pokazać, ale rozwiązać konkretny problem.

Jednocześnie jeździł pan na wszystkim, na czym się dało jeździć i pływał na wszystkim, co unosiło się na wodzie.
To było już po odejściu z rządu.

Nieprawda, skutery śnieżne były przed. Reanimował pan jakieś fantomy czy inne manekiny.
Kiedy wreszcie uchwaliliśmy ustawę o ratownictwie medycznym, spotkałem się z ratownikami, bo oni się na tym znają. Byłem i jestem z ludźmi, bo nie chcę być „onym ślepą władzą rządzącą zza biurka.

Nie przesadził pan z tym? Stał się pan wydmuszką, która milutko się prezentuje, ale w środku jest pustawo.
Kiedy trzeba było krzyknąć, postawić na swoim, być twardym, to wcale nie byłem milutki, tylko stawiałem na swoim i nie oglądałem się na nikogo.

Tańczył pan na studniówkach, wręczał kwiaty babciom, odbywał tournée po kraju niczym inkarnacja Elvisa Presleya…
Nie przyjmowałem żadnych hołdów, tylko rozmawiałem z ludźmi, by poznać, co ich interesuje. Gdybym tego wszystkiego nie robił, oskarżyłby mnie pan o arogancję władzy, o zamknięcie się w pałacu i wożenie się limuzynami. Ponieważ rozmawiałem z Polakami, uznano mnie za populistę gdzie tu logika?

Znam pana od wielu lat i przez cały ten czas miałem pana za speca od edukacji i przedsiębiorczości, który ciągle o tym gada. Inteligentny, ale cokolwiek nudny, nikt pana nie zapraszał do telewizyjnych show. Co takiego się stało, że został pan mistrzem PR?
Sam pan sobie odpowiada. Skoro przez lata byłem specjalistą od konkretnych rzeczy, mało spektakularnych działań, to może znaczy, że jednak krzywdzące są te porównania do wydmuszki? Nie zmieniłem się ani trochę. Jestem, jaki byłem przez wszystkie te lata.

Zwyczajny gorzowski nauczyciel?
Który ostatnią lekcję przeprowadził w 1990 roku, a potem przez kilkanaście lat mieszkał w Warszawie i zajmował się polityką. To ja osobiście przygotowałem program wyborczy PiS, program rządu, podejmowałem trudne decyzje i tak jest do dziś. Kiedy przygotowałem swój program dla Warszawy, też nie patrzyłem na sondaże, tylko głęboko przeanalizowałem problemy miasta. Nad tym trzeba się było napracować.

W rządzie głównie pan błyszczał.
To nieuczciwe. Nie byłoby sukcesu w Brukseli, dzięki któremu Warszawa ma pieniądze na drugą linię metra, gdyby nie wiele dni pracy przed szczytem, gdyby nie moje rozmowy z Barroso, Blairem i Merkel, gdyby nie dziesiątki rozmów telefonicznych, setki analiz i wyliczeń. Pracowaliśmy w zespole, ale i ja musiałem to robić. Przecież nie przyszedłem na gotowe, by powiedzieć „yes, yes, yes!.

Pański blog stał się przedmiotem żartów. Nie sądzi pan, że niektórymi wpisami przekroczył granice śmieszności? „Can I dance? Yes, I can, I need, I love.
Próbuję w rozmowie z ludźmi szukać języka, jakim oni rozmawiają.

Po angielsku?
Jeśli rozmawiam z gimnazjalistą na lekcji, to mówię do niego językiem, jakiego on używa.

Więc co to co znaczy „niezła beka?
Nie wiem, ale postaram się dowiedzieć. Blog skierowany jest do ludzi młodych, bo głównie to oni blogują i stąd taka jego poetyka. Mówię dokładnie to, co chcę powiedzieć. Treść jest moja, tylko forma ich.

Co oprócz blogu i kompromitujących gustów muzycznych pana wyróżnia?
To żadna kompromitacja: owszem lubię Ryszarda Rynkowskiego, Budkę Suflera, ale przede wszystkim słucham muzyki filmowej. Nie będę czarował, że mnóstwo czytam, teraz głównie książki polityczne. Ale ja przede wszystkim kocham kino.

W końcu brat jest kiniarzem.
Tak, a ja nawet jak byłem premierem, znalazłem czas, by wpaść do kina na normalny seans. Ludzie się trochę dziwili.

I co pan zabiera ze sobą? Piersiówkę?
To okropne co powiem, ale biorę wodę i popcorn.

Ludzie, to jest człowiek, który siada w rzędzie przed wami, siorbie wodę i rozrzuca popcorn! Nie głosujcie na niego!
[śmiech] No co ja zrobię? Nie rozrzucam popcornu, ale zachowuję się w kinie jak wszyscy.

Czyli skandalicznie.
A dla usprawiedliwienia mogę powiedzieć, że najczęściej to syn trzyma popcorn.

Nie umie się zachować i jeszcze zwala winę na dzieci. Jada pan coś prócz sushi?
Sushi jadam rzadko, raz na tydzień, raz na dwa tygodnie. Mam ulubione od lat knajpy włoskie, chodzę też do zwykłych barów z plackami ziemniaczanymi i pierogami.

Jest pan sybarytą? Pali pan cygara?
Nie, zapaliłem je kilka razy w życiu. Papierosy rzuciłem po odejściu z rządu Suchockiej, 13 lat temu.

Nie było pana stać na fajki?
Nie uwierzy pan, ale uważałem, że wiceministrowi edukacji nie wypada palić, by nie dawać złego przykładu. Choć moja żona jest nauczycielką i pali. Ale ja rzuciłem, by móc przekonywać synów i córkę, żeby nie palili.

Co pan pije?
Kawę, wodę, latem piwo i codziennie czerwone wino. Nie lubię mocnych alkoholi. Jeśli już, zwykła czysta wódka.

Ta ankieta wypada dobijająco: przed państwem banalista, słuchający muzyki filmowej, objadający się w kinie popcornem, snobujący się na sushi i czerwone wino.
[śmiech] No tak, przejrzał mnie pan. Jestem zwyczajnym, banalnym człowiekiem, o zwyczajnych hobby, w dodatku zachowuję się tak samo jak wszyscy.

Skoro jest pan taki sam jak wszyscy, to nie ma powodu, by na pana głosować.
Ale nie zdążyłem dodać, że ten zwyczajny człowiek ma nieprzeciętną wizję Warszawy, oraz doświadczenie i umiejętności, które pozwolą tę wizję zrealizować.

W świetnym reportażu w DZIENNIKU Joanna Lichocka opisuje, jak to wchodzi do pana, a pan od razu chwali się, że wysłał SMS-a do żony, że ją kocha. Chce pan być takim fajnym chłopakiem, co to i żonę kocha, i wnuka niańczy, i „can dance, i motylkiem przepłynie?
Ale ja niczego nie udaję. Od 25 lat jesteśmy z żoną szczęśliwym małżeństwem, choć to niełatwy związek, bo z politykiem trudno żyć. A oprócz tego kocham sport, sam jestem wysportowany i to chyba nie powinno nikomu przeszkadzać. Razem z żoną pojechaliśmy nad jezioro i jakiś fotograf zrobił mi te zdjęcia. To nie była sesja zdjęciowa, tylko paparazzi. Tak samo było, jak chodziłem po mieście i wpadłem ze znajomymi na dyskotekę. Ktoś mi zrobił zdjęcie telefonem, i co mam protestować?

Wszystko to w tydzień! Pan jest jak z piosenki Morrisseya „The Last of the Famous International Playboys.
[śmiech] Co ze mnie za playboy? To nie moja bajka. Nie jestem showmanem, nie potrafię tego robić, ale mam też nadzieję, że nie jestem ostatnim nudziarzem. Dziennikarze mówią „showman, bo rozmawiam z ludźmi, słucham ich, pytam, jak rozwiązywać ich sprawy.

Z całym szacunkiem, ale Thatcher czy Reagan nie pytali ludzi, co dla nich zrobić, tylko mieli dla nich jakąś wizję.
Ależ to robili! Dziś robi to Tony Blair, Arnold Shwarzenegger, Angela Merkel, nawet George Bush. Po prostu taki jest dziś świat i taka jest polityka. Polityk bardziej niż kiedykolwiek musi być sługą ludzi i bardziej niż kiedykolwiek musi ich słuchać.

Jest pan politykiem nowego ustroju: demokracji medialnej. Świetnie wypada pan w telewizji, ale traci autentyczność.
To porozmawiajmy o wizji, o mojej wizji uprawiania polityki, którą staram się panu przedstawić, o mojej wizji polityki zagranicznej, o wizji rozwoju państwa, rozwoju Warszawy. Nie pyta mnie pan o to, a potem narzeka, że mówimy tylko o PR!

Bo jako wizjoner jest pan umiarkowanie wiarygodny.
Ludzie na ulicy pytają mnie właśnie o wizję, o moje pomysły. Nie mówią mi, że jestem showmanem, tylko że jestem zupełnie innym politykiem, że podoba im się moja autentyczność, naturalność, sposób, w jaki ich reprezentuję.

Już niedługo się przekonamy, jak wielu warszawiaków to mówi.
I bardzo się z tego cieszę. Myślę, że wygram.

Jest pan pewny swego?
Nie, ale bardzo pracuję na to, by wygrać, bo autentycznie chciałbym móc zmieniać Warszawę.

Załóżmy, że warszawiacy docenią ten cud, jaki im się zdarza, i wygra pan. Co za cztery lata?
Następne wybory.

Na prezydenta Polski?
Na prezydenta Warszawy. Takie pytania mogą zadawać mi dziennikarze, którzy mnie nie znają, ale pan? Prezydent Polski to koniec kariery, potem już tylko emerytura, a ja na to za młody jestem, to nie na mój temperament.

A po dwóch kadencjach?
Nie mam pojęcia, co się będzie działo za osiem lat, jak będzie wyglądała Europa, Polska, nasza scena polityczna.

Pewnie zupełnie inaczej.
Mam taką nadzieję.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj