Stało się tak dlatego, że w naszej kulturze dziewczynki uczone są od małego, że „nie”, wcale nie znaczy „nie”. To samo mówi się chłopcom: jeśli koleżanka (siostra, matka) mówi „nie”, to wcale nie znaczy, że tak myśli, musisz dalej próbować. Kiedy dziewczynka mówi „nie, zostaw mnie”, to znaczy, że się przekomarza, kokietuje. I trzeba na nią wywierać presję – aż ulegnie. Myślę, że kiedy 14-letnia Ania broniła się przed kolegami z klasy i mówiła „nie”, to oni, wychowani w tym właśnie przekonaniu, uważali, że wszystko jest w porządku, że można posunąć się jeszcze dalej.
Przyzwolenie na przemoc
W wielu polskich domach panuje atmosfera przyzwolenia na przemoc wobec kobiet. Uczą się jej dzieci – i chłopcy, i dziewczynki. Odwzorowują to później w dorosłym życiu. To się zaczyna właśnie od tego, że, kiedy dziewczyna mówi „nie”, nikt nie traktuje tego poważnie. Nikt nie uczy dziewczynek mówienia „nie” w najróżniejszych sytuacjach, w sprawach mało poważnych i bardziej poważnych. Pamiętam ze swojego dzieciństwa, że nie wszystkie ciocie czy wujków lubiłam i wcale nie chciałam, żeby jakaś niezbyt bliska mi osoba wyściskiwała mnie i przytulała na powitanie. Chłopcom udawało się tego uniknąć. Mogli zrobić nachmurzoną minę albo odsunąć się trzy kroki do tyłu i byli wytłumaczeni swoją „męskością”, niechęcią do czułości i przytulania. Ale dziewczynka? Ma zaśpiewać, powiedzieć wierszyk, zagrać na pianinie i być dla wszystkich miła, a przede wszystkim nie ma prawa odmówić, bo jest grzeczna. Nie podoba ci się? Nie szkodzi, zobaczysz, że możesz się podporządkować.
I to jest początek całego problemu. Ta postawa owocuje potem tragediami, przemocą, syndromem ofiary, która nie potrafi wyzwolić się od swojego prześladowcy, która ulega przemocy, jest do niej przyzwyczajona i nie wyobraża już sobie innego życia. Dramat Ani to także wynik tego syndromu, presji stosowanej w wychowaniu dziewczynek, młodych kobiet, żeby były uległe i pozwalały na to, co ojciec, chłopak czy mąż mogą z nią zrobić. Jest na to przyzwolenie społeczne! Mówi się: „Nic takiego się nie stało, kochał i uderzył ją z tej miłości”.
Po pierwsze wyjść za mąż
Dziewczynki są wychowywane na osoby, które mają się podobać – pod względem fizycznym i charakterologicznym. Mają być posłuszne, uległe i pożyteczne. Nie brudzić bucików, mieć czyste zeszyty, ładnie rysować i gładko zaczesywać włosy. Potem powinny nauczyć się sprzątać, gotować, a przy okazji – mogą też nauczyć się zarabiać, co jednak nie wydaje się niezbędne do odniesienia życiowego sukcesu. To podobanie potrzebne jest, by miały opinię grzecznych i miłych – po to, by łatwiej im było spełnić swoją misję społeczną, czyli wyjść za mąż. Główny cel kobiety to znalezienie sobie męża, a właściwie bycie zaakceptowaną przez partnera, by ją poślubił i by można było założyć rodzinę. To daje dziewczynie, kobiecie status społeczny i ucieczkę od etykietki „samotnej, starej panny”. Od małego dziewczynki są więc uczone przez otoczenie, że w sklepie z zabawkami nie mają oglądać samochodów i gier planszowych, tylko lalki, bo ich podstawową rolą jest rodzenie dzieci. Mówią im o tym nawet politycy w Sejmie i nic dziwnego, że one starają się do tego dążyć. Ten wzorzec stoi w sprzeczności z całym późniejszym doświadczeniem życiowym – nie tylko obecnego pokolenia, ale i mojego, a nawet wcześniejszych. Bo my przecież wiemy, że rodzenie dzieci nie wystarcza. Trzeba jeszcze na siebie zarobić, dać sobie w życiu radę z problemami, umieć walczyć o realizację różnych życiowych celów. Kobiety muszą być więc wychowywane do obu tych ról. Tymczasem nawet w większości filmów animowanych dziewczynka jest tą dobrą i grzeczną, a przy tym nieco nudną osóbką, która w najlepszym razie przeszkadza chłopcom w dobrej zabawie.
To wszystko jest zakodowane bardzo głęboko w kulturze. Można przypomnieć słynne żartobliwe zawołanie Boya „Myjcie się dziewczyny, bo nie znacie dnia ani godziny”. To my musimy być schludne, pachnące, uległe i czekać na inicjatywę mężczyzn, i nawet jeśli ona przychodzi nie w porę – ulec jej, bo tak być musi. Od najmłodszych lat dziewczynki oducza się własnej inwencji, bo „nie wypada”. A chłopcy? Nie muszą się podobać i pachnieć, nie muszą się starać o akceptację. Wystarczy, że są. To do nich należy dokonywanie wyborów, dociekliwe zadawanie pytań.
Byłam kiedyś na wywiadówce młodszej córki, Kasi. Nie zdarzały się nam z córkami jakieś większe problemy wychowawcze – ot, co jakiś czas uwaga w dzienniczku, że gadają na lekcji. Tym razem pani wezwała mnie i wskazała całą stertę papierowych samolocików, mówiąc: – Niech pani zobaczy, Kasia robi samoloty, bawi się nimi na lekcji, chcąc sprawdzić, jak będą latać. Tak być nie może. No, żeby to jeszcze był chłopiec...
Została skarcona ostrzej za to wykroczenie, bo nie była chłopcem i wykonywała coś, co dziewczynce „nie przystoi”. Chłopiec miał prawo zadać sobie pytanie, dlaczego kartka złożona w odpowiedni sposób lata lotem ślizgowym w drugi kąt klasy – dziewczynka nie. Nie powinna – jak to się mówi – „zaprzątać sobie tym swojej ślicznej główki”.
Dziewczynka ma być więc mamą, dobrą żoną, pracowitą gosposią. Może dorabiać gdzieś i próbować czegoś „swojego”, pod warunkiem że nie zawala podstawowych obowiązków: sprzątania, gotowania, opieki nad dzieckiem. Czyli tego, co dla jej męża może być co najwyżej „ucieczką od morderczego tempa robienia kariery zawodowej”, fanaberią, hobby. Ta tendencja była zresztą już mocno utrwalona za czasów PRL, kiedy wszelkie obowiązki rodzicielskie, takie jak opieka nad chorym dzieckiem, zapisano w kodeksie pracy jako przynależne wyłącznie kobietom. Mężczyzna nie mógł otrzymać zwolnienia lekarskiego z powodu chorego dziecka, nie miał tego prawa, bo nie miał i tego obowiązku. To się na szczęście powoli zmienia.
Deskorolka? Tak.
To przypisanie do roli widoczne jest na każdym kroku: w prasie pojawiają się wstrząsające informacje o matce, która porzuciła dziecko. Nikt się nie zastanawia, co działo się w tym czasie z ojcem dziecka. Czy on też je porzucił? Czy wcześniej zostawił samą jego matkę w ciąży? Kiedy dziecko okazuje się problemem, z którym nie można sobie poradzić – kobieta zostaje sama.
Nie umiem ocenić, w jakim stopniu mnie samej udało się wychować moje córki w duchu samorealizacji. Na pewno do tego dążyłam, a miałam przy tym to szczęście, że mój mąż od początku chciał się angażować w wychowanie i być mocno obecny w ich życiu. Zawsze się interesował ich rozwojem, ich problemami. Kiedy założyłam rodzinę, sama najpierw musiałam się wyemancypować. Wychowywałam się w tradycyjnej rodzinie. Dopiero kiedy dorosłam, zaczęłam sobie zadawać pytania o swoje prawa i rolę w rodzinie, społeczeństwie. Niezgoda na podążanie przypisaną przez tradycję drogą spowodowała, że na nowych zasadach budowałam relacje we własnej rodzinie. Nie było mi więc trudno wychowywać dziewczynki jako osoby wolne, realizujące swoje cele, bo już wiedziałam, do czego chcę je przygotować. Wiedziałam, że jeśli będę je zmuszać do takiego sposobu zachowania, do którego nakłaniano mnie – mogę im zrobić krzywdę. Unikałam wychowawczych stereotypów, mówienia – nie kupię ci wrotek, raczej wybierz lalkę – bo to bardziej dziewczynce wypada. Jak Kaśka zamarzyła o deskorolce, to uznałam, że to świetny pomysł, choć na placyku trenowali tylko chłopcy.
Swoich córek nie musieliśmy jakoś szczególnie namawiać do poznawania świata, zdobywania go. Wystarczyło, by nie były krępowane, rozmowy z nami z pewnością też uzmysławiały im, gdzie mogą być rafy. Podejmowały własne decyzje, wiedząc, że w razie czego zawsze podamy im rękę. Najważniejsza jest taka więź z dzieckiem, żeby ono w każdej, najbardziej trudnej sytuacji mogło do nas przyjść, mogło nam zaufać. Pewnego razu Basia, a miała wtedy 15 lat, zapytała mnie, czy może pojechać na całonocną prywatkę do znajomych pod Warszawą. Powiedziałam, że nie podoba mi się ten pomysł, choćby dlatego (nie było jeszcze telefonów komórkowych), że jeśli okaże się, iż nie bawi się dobrze, nie będę mogła po nią przyjechać. Poprosiłam, żeby zastanowiła się, jak się będzie czuła, nie mogąc wrócić do domu. Basia nie pojechała, ale przez dwa dni atmosfera w domu była co najmniej mroźna. A potem – zaimponowała mi – przyszła i powiedziała: miałaś rację, tam nie było miło, chłopcy się popili i dobrze, że nie pojechałam.
Wiem, że jeśli nie ma w domu zaufania, to dochodzić może do różnych dramatycznych sytuacji. Jeśli dziewczynka wstydzi się powiedzieć o czymś rodzicom, to będzie jej znacznie trudniej poradzić sobie z problemem. A jeśli nie ma zaufania w domu, to trudno także liczyć na zaufanie w szkole, bo przecież pani nauczycielka może nawet być bardzo miła, ale ma pod opieką kilka klas i nie rozpozna sama od razu, że ktoś ma kłopoty, że trzeba interweniować, że dzieje się coś groźnego.
I nie ma prostych recept na wychowanie. Nie wierzę w powodzenie doraźnych, fajerwerkowych rozwiązań proponowanych przez ministra Giertycha – to tylko skonsoliduje uczniów w oporze przed metodami nakazu i zakazu. Autorytetu nie buduje się groźbą i strachem. Młodzi ludzie powinni rozumieć i akceptować reguły pracy w szkole. Jestem przekonana, że współodpowiedzialność uczniów jest jednym z warunków poprawy bezpieczeństwa w szkole. A pomysł podziału klas na męskie i żeńskie? To dopiero byłaby maszynka do utrwalania złych stereotypów wychowawczych. Klasy robótek ręcznych dla dziewczynek i informatyczno-matematyczne dla chłopców? Czemu miałby służyć taki pomysł? Dalszemu utrwalaniu pokory w dziewczynkach? Bo na pewno nie dialogowi między młodymi ludźmi, otwieraniu ich na siebie, na inną wrażliwość, problemy. Szkoła jest elementem życia społecznego, nie da jej się wyłączyć z rzeczywistości. Dobrze by było na początek zacząć rozmawiać o tym na lekcjach w szkole. Dobrze byłoby, gdyby rodzice zadali sobie pytanie, czy tak wychowali crkę, by w razie jakiegoś szkolnego dramatu przyszła do nich i opowiedziała, czy nauczyli ją, jak się bronić i jak być silną.
Izabela Jaruga-Nowacka, feministka, działaczka lewicy, posłanka II, IV i V kadencji Sejmu – najpierw z ramienia Unii Pracy, obecnie z SLD. W grudniu 2001 powołana przez Leszka Millera na funkcję pierwszego w historii Pełnomocnika Rządu do Spraw Równego Statusu Kobiet i Mężczyzn, którą pełniła do sierpnia 2004. W gabinecie Marka Belki została ministrem polityki społecznej. Z wykształcenia etnograf. Matka dwóch córek, Barbary i Katarzyny