Wezwanie Marcinkiewicza do współpracy między dwiema partiami lub do niewielkiego choćby złagodzenia obecnego konfliktu między nami, nie może pozostać zaklinaniem rzeczywistości albo przedwyborczą grą (rozumiem tu sceptycyzm Jana Rokity). Realistycznym początkiem, od którego należy rozpocząć, powinna być współpraca obu partii po wyborach samorządowych. Jest ona możliwa w radach samorządów, a szczególnie w samorządzie wojewódzkim.
O tym, że rzecz jest możliwa, przekonuje nasza dotychczasowa współpraca w kadencji 2002 – 2006. W nowym okresie budżetowym UE musimy to kontynuować. Bo samorządy sparaliżowane przez partyjny konflikt nie będą mogły skutecznie zarządzać ogromnymi środkami europejskimi. W takiej sytuacji pytanie o to, kto wygra najbliższe wybory, nie może być ważniejsze od pytania o to, czy zwycięzcy tych wyborów potrafią budować koalicje zdolne skutecznie zarządzać poszczególnymi regionami Polski.
Bilans dorobku polskiego samorządu tworzonego z udziałem środowisk PiS i PO jest pozytywny. Jest to nowa i sprawdzona instytucja niepodległej Rzeczpospolitej. Nawet słabości praktyki samorządowej nie mogą uchylić tej oceny. Instytucje samorządowe nie są wolne od korupcji i patologii. Trzeba jednak zdecydowanie stanąć w obronie dorobku ustrojowego samorządu i widzieć w nim podstawowe miejsce, w którym będzie się dokonywała budowa nowego państwa i nowego społeczeństwa, gdzie będzie się dokonywał wielki wysiłek inwestycyjny wzmacniany unijnymi funduszami. Wizja IV Rzeczypospolitej, która zwyciężyła w wyborach 2005 roku, zakładała budowę nowego państwa wolnego od balastu PRL i przywrócenie odpowiedzialności władzy za wypełnianie przez nią jej podstawowych funkcji, takich jak bezpieczeństwo obywateli czy wymiar sprawiedliwości. IV RP w żadnym wypadku nie oznacza ponownej centralizacji. Wręcz przeciwnie – to racjonalna decentralizacja była jednym z postulatów obu partii obozu IV RP, zarówno PiS, jak i PO. Samorząd terytorialny rozbijał logikę państwa socjalistycznego, scentralizowanego i opartego na strukturze zakładów pracy. Sam proces formowania się samorządu uderzał w silny do tej pory układ interesów branżowych i resortowych, który krępował rozwój Polski i blokował dobre gospodarowanie groszem publicznym.
Wzmocnienie państwa poprzez naprawę sądownictwa i sanację policji nie powinno prowadzić do ponownej centralizacji Polski. Z drugiej strony świat samorządowy winien porzucić postulaty osłabiające uzasadnione kompetencje centrum i pozycję wojewodów jako reprezentantów państwa w terenie, a nie rzeczników lokalnych interesów wyrażanych wobec władzy centralnej i definiowanych przeciwko niej. Potrzebne są stabilne reguły gwarantujące równowagę między siłą centrum a samorządem. Ale nade wszystko potrzebna jest stabilność i wysoka jakość polityki nowych zarządów wojewódzkich jako gwarancja skutecznego wykorzystania środków europejskich. Samorząd wojewódzki będzie musiał dźwigać odpowiedzialność za projekty europejskie, pozostając jednocześnie w większym stopniu niż miasta narażony na ryzyko politycznego rozproszenia odbierającego zdolność do rządzenia. W miastach stabilność jest pochodną wyborów bezpośrednich burmistrzów i prezydentów, które dają im poważny zakres niezależności. W sejmikach mamy system właściwy demokracji parlamentarnej, ale bez przewidzianych w konstytucji ustrojowych mechanizmów stabilizujących władzę wykonawczą. A zatem wyzwanie europejskie w obecnych warunkach ustrojowych przemawia za budową w samorządach wojewódzkich szerokich powyborczych koalicji z udziałem PiS i PO. Warunkiem sprawnego działania samorządów będzie nie tylko dotrzymywanie umów związanych z blokowaniem list, ale porozumienie dwóch najsilniejszych partii.
Nie kieruje mną sentyment do koalicji PiS – PO do sejmików z roku 2002, które okazały się nieefektywne pod względem wyborczym, ponieważ zazwyczaj uzyskiwały rezultat mniejszy niż suma poparcia sondażowego dla każdego ze stronnictw z osobna. O wiele ważniejsze dla Polski są pożytki płynące z zawarcia koalicji po wyborach. Obok przełamywania lodów pomiędzy dwiema naszymi partiami i złagodzenia politycznej konfrontacji koalicje takie będą miały większą zdolność do podjęcia wyjątkowo trudnego zadania, jakim jest skuteczna realizacja projektów europejskich. Przypomnijmy, że w rękach marszałków sejmików wojewódzkich znajdzie się blisko 17 mld euro w latach 2007 – 2013, a poza tym województwa staną się podstawowym partnerem rządu w wielu innych przedsięwzięciach. Współpraca, którą proponuję, oznacza zsumowanie wciąż w Polsce szczupłych zasobów w postaci kompetencji i doświadczenia elit lokalnych w tej sferze. Dodatkowo takie koalicje zmobilizują aktywne na poziomie lokalnym elity solidarnościowe, które w przypadku antagonizmu między PiS i PO w ogromnej części pozostaną bierne.
Gdyby doszło do totalnej konfrontacji PiS – PO w samorządach, w wielu miejscach zerwałyby się dobre relacje elit lokalnych obu partii. Wypada w pierwszej kolejności podać przykład Wrocławia. Współpraca PiS z PO we władzach tego miasta i całego Dolnego Śląska pozwoliła zrealizować wiele inwestycji i tworzyć dobrą atmosferę dla rozwoju regionu. Dzięki tej współpracy doszło np. do precedensowego trójporozumienia w sprawie współprowadzenia instytucji kultury przez Ministerstwo Kultury, województwo i miasto. Chodzi o Wratislavię Cantans i Filharmonię Dolnośląską, które mają zrealizować jeden z najciekawszych projektów inwestycyjnych w sferze kultury.
Osobiście mam jeszcze jedno oczekiwanie związane ze współpracą PiS i PO w samorządach. Być może powstanie tam szerokich koalicji pozwoli na profesjonalizację polityki regionalnej i podniesienie jakości administracji lokalnej. Zbyt często próby reformy instytucji samorządowych napotykały na ograniczenia związane z koniecznością ciągłego utrzymywania przez marszałków większości w Sejmiku. Współpraca PiS i PO mogłaby doprowadzić do prawdziwego triumfu dobrej polityki w samorządzie. Dobra polityka w samorządzie nie oznacza bowiem zniesienia różnic ideowych i partii politycznych, jak zdają się sądzić ci, którzy widzą zło w samej ich obecności w ciałach samorządowych. Wnikliwy przedwojenny analityk systemu partyjnego Stanisław Estreicher przestrzegał przed wylewaniem dziecka z kąpielą i niesprawiedliwym krytykowaniem pluralizmu partyjnego – łącznie z właściwą mu atmosferą konfliktów i sporów. Dostrzegał zalety partii politycznych zrzeszających ludzi o wyraźnych poglądach, a jednocześnie zwalczał partyjniactwo jako chorobę podporządkowania życia politycznego egoistycznym interesom. PiS i PO są samorządowi potrzebne jako formacje o odmiennych programach i wrażliwościach. Jeśli okażą zdolność do współpracy w instytucjach, których rola ustrojowa po akcesji do UE stała się większa niż dotąd, to będzie to zwycięstwo partii politycznych nad chorobą, która podważa sens ich istnienia.