"Kampania przed wyborami do Kongresu w Stanach Zjednoczonych ma nie tylko <negatywny> charakter, ale jej brutalność przekracza znane nam dotychczas normy obyczajowe" - pisze w DZIENNIKU Marcin Król.
Tylko dwa przykłady: Republikanie oskarżyli Michaela A. Arcuriego, demokratycznego kandydata do Izby Reprezentantów z Nowego Jorku, o telefonowanie w celach seksualnych
za pieniądze podatników. Istotnie, jeden z jego doradców raz wykonał taki telefon, ale omyłkowo, bo numer różnił się końcówką od numeru prokuratury i koszt wyniósł 1,25 dolara. Z kolei
w Waszyngtonie religijne radio czarnych konserwatystów nawołuje do głosowania na Republikanów, argumentując, że Martin Luther King Jr był Republikaninem (co jest zwyczajnym kłamstwem). Takich
przypadków są setki, a kłamstwo lub demagogia występują równo po obu stronach barykady.
Dwie Ameryki?
Republikanie oberwali solidne cięgi po aferze waszyngtońskiego lobbysty Jacka Abramoffa, a coraz częstsze i raczej zdumiewające wypowiedzi prezydenta Busha, że do walki z terroryzmem został powołany przez Boga i że to Bóg powierzył mu religijną misję - wywołują dodatkowe zaniepokojenie czy wręcz zdumienie u nieco bardziej świecko nastawionych komentatorów i wyborców. Stany Zjednoczone są wyjątkowo religijnym krajem, ale wszystko ma swoje granice. Co się zatem w Ameryce stało? I czy jest to objaw większego rozdźwięku w relacjach między moralnością a polityką, rozdźwięku, którego wyraźne zaczątki oglądamy także w Polsce?
Otóż po wyborach w 2004 roku, kiedy to prezydent Bush objął władzę na drugą kadencję, licznie pojawiły się obserwacje i komentarze, że wygrali zwolennicy "wartości moralnych” - jak to w Ameryce nazywano. Szybko policzono, że na Busha głosowali przede wszystkim ludzie najbardziej religijnie, najaktywniej praktykujący - i to ze wszystkich, licznych tam, grup wyznaniowych. W związku z tym socjologowie, politolodzy i publicyści ukuli teorię, iż nastąpiła zmiana podstaw decyzji wyborczych: już nie sprawy gospodarcze, podatkowe czy polityka zagraniczna, lecz "wartości moralne” odgrywają zasadniczą rolę. Następnie - ja też tak sądziłem - zaczęto mówić o dwu Amerykach, które z racji sporu o moralność, a nie sprawy pragmatyczne, będą znacznie trudniej dochodziły do porozumienia, bo - jak wiadomo - w sprawach moralnych w zasadzie nie ma kompromisu. Jakie to były sprawy moralne? Tu sytuacja się komplikuje, bowiem "wartości moralne” to - jak się okazało - na przykład sprzeciw wobec aborcji, małżeństw homoseksualnych czy daleko posuniętych eksperymentów genetycznych, a nie na przykład wobec kary śmierci, tortur czy niszczeniu środowiska. Nie chcę tu stosować etykiet w rodzaju prawicowe i lewicowe wartości moralne, bo sądzę, że można łączyć szacunek dla wartości z obu wymienionych grup, ale pewien obraz świata, który politycy amerykańscy uznali za "wartości moralne”, łączy się w takim właśnie ich rozumieniem. W dodatku okazało się, że nie ma dwu Ameryk, bo obie partie stosują te same metody, także demokraci pogodzili się z przesunięciem w poglądach amerykańskiego społeczeństwa.
Pojawi się bowiem przy tej okazji zadziwiający paradoks. Otóż, wszyscy specjaliści od politycznej propagandy doradzają swoim zleceniodawcom takie postępowanie, bo oceniają, że brutalna i negatywna kampania przynosi najlepsze skutki, to znaczy zapewnia wybór. A równocześnie gwałtownie spada zainteresowanie społeczeństwa amerykańskiego polityką. Czasem ma się wrażenie, że amerykańscy specjaliści powinni uczyć się w Polsce, a nie odwrotnie. Jednak jeszcze bardziej zadziwiające jest to, że i Republikanie, i Demokraci przystali na tak obniżony próg dopuszczalnego kłamstwa. Zapewne w najbliższych wyborach zwyciężą Demokraci, ale nie dlatego, że mają cokolwiek więcej lub lepszego do zaproponowania - bo rzeczowych argumentów w zasadzie nie znamy - lecz dlatego, że Republikanie sprzeniewierzyli się "wartościom moralnym” i na skutek tego kłamanie przez nich oraz stosownie niskich i czasem wręcz podłych środków jest surowiej potępiane. "Wartości moralne” okazały się szalenie niebezpieczne, gdyż ten, kto z takim uporem je głosi, kto nieustannie miesza Boga do polityki, jest potem odpowiednio do swojego programu przez wyborców oceniany. Można więc powiedzieć, że to raczej Republikanie przegrają na skutek skandali obbystyczno-obyczajowych, niż że Demokraci wygrają.
Mariaż moralności z polityką
Przy okazji obniżenia progu dopuszczalnego kłamstwa w polityce, obniża się próg dopuszczalnego kłamstwa w ogóle. Obserwatorzy amerykańscy dostrzegają to na przykład w reklamie, gdzie agresywność i mówienie nieprawdy - zawsze w jakimś stopniu obecne - radykalnie się zwielokrotniły. Ponadto ujawnił się następny proces: erozja zaufania nie tylko do polityków, ale także do podstawowych instytucji politycznych, przede wszystkim Kongresu. W dodatku nie widać na razie sposobu na powstrzymanie tych tendencji, gdyż w przewidywalnej przyszłości nie zmieni się sposób prowadzenia nie tylko polityki, ale kampanii wyborczych, i nie zahamuje się gwałtownej tendencji do wzrostu liczby i rozmiarów kłamstwa.
Przegrywają naturalnie nie politycy amerykańscy, ale amerykańskie społeczeństwo, amerykańska demokracja i obraz Stanów Zjednoczonych w świecie. Co się stało w Ameryce i co się stało w Polsce, gdzie przecież PiS szło do wyborów z hasłem "rewolucji moralnej”, a po roku działania nie tylko akceptuje skrajny pragmatyzm w swoich działaniach, lecz także zawiera umowy koalicyjne z Samoobroną, czego obiecało nie czynić i co jest "niemoralne”?
Nie ma jednej dobrej odpowiedzi, ale przed wszystkim trzeba zwrócić uwagę, że mariaż moralności z polityką nigdy nie wróżył niczego dobrego. Z reguły opierał się on na przekonaniu, że aby osiągnąć „dobre” moralnie cele, można sięgnąć po "złe” moralnie środki, którą to zasadę niesłusznie przypisuje się Machiavellemu. A w polityce znacznie bardziej od celów liczą się środki, w każdym razie w polityce pragmatycznej i nieuchronnie czasem lekko cynicznej, lecz moralnie obojętnej. Cele, wielkie cele stawiają sobie tylko polityczni idealiści, którzy następnie stają się fanatykami lub politykami totalitarnymi lub politycy nawiedzeni stojący na czele wielkich imperiów, którzy, na przykład, chcieliby wprowadzić demokrację na całym świecie, bo tak im każe Bóg. Od takich polityków znacznie cenniejsi są ci, którzy stosują politykę małych kroków, względnej przyzwoitości i zdają sobie sprawę z tego, że wybór polityczny jest niemal zawsze wyborem mniejszego zła, a nie po prostu "dobra”, jak to lubi mówić prezydent Bush.
"Rewolucja moralna” czy "wartości moralne” mają ponadto wyrażać sprzeciw wobec naszego świata, który istotnie nie znajduje się w najlepszej kondycji. Jednak - i to trzeba bardzo mocno podkreślić - poprawianie świata nie należy do zadań polityków, być może jest to zadanie religii lub dobrych ideologii, ale nie demokratycznie wybranych polityków. Gdyż - jeszcze inaczej to formułując - politycy, stawiając sobie tak szczytne cele, ustawiają poprzeczkę na tyle wysoko, że nie mają szansy jej przeskoczyć, a wtedy pozostaje im tylko przechodzenie pod nią i całkowita rezygnacja z reguł dobrego wychowania. Jest to zatem rezultat postawienia wszystkiego na jednej szali: albo-albo. Gdyby udało się wszystko zmienić - wygrać wojnę w Iraku, zaprowadzić "wartości moralne” i znieść ubóstwo - to zwycięstwo byłoby niebywałe, ale skoro to się udać nie może, porażka będzie dramatyczna. I to niekoniecznie w kategoriach władzy politycznej, bo Republikanie na razie całkiem jej nie stracą, ale "moralnych”. Podobnie, gdyby w Polsce można było całkowicie oczyścić życie publiczne z korupcji oraz wyeliminować niewątpliwe niejasne układy między służbami specjalnymi, politykami i gospodarką, byłby to sukces niebywały, ale to się jeszcze nigdy nikomu nie udało i porażka PiS będzie zdumiewająca - znowu nie w kategoriach posiadania władzy, bo tę może jeszcze czas dłuższy utrzymać, ale w kategoriach "moralnych”. "Moralność” okazała się tu tym mieczem, od którego ginie ten, kto nim wojuje.
Brutalizacja życia politycznego
Jak na tym tle wygląda sytuacja milionów obywateli, którzy mają serdecznie dość takiej polityki, a jednocześnie nie mają skąd spodziewać się pomocy lub zmiany? Dlaczego taka radykalna brutalizacja życia politycznego wydaje się specjalistom od walki politycznej, doradcom i macherom politycznym tym, co społeczeństwo lubi najbardziej, co w konsekwencji grozi co najmniej utratą zaufania do instytucji politycznych i zanikiem zainteresowania życiem politycznym? Jak sądzę, poza błędnym pojmowaniem "moralnych wartości” istotne jest przekonanie, że społeczeństwa już się mało polityką interesują i że wobec tego trzeba stosować metody możliwie wyraziste. W ten sposób powstaje spirala w dół. Politycy przez brutalizację życia politycznego powodują zniechęcenie obywateli, a żeby ich do polityki zachęcić, muszą posuwać się do stosowania coraz bardziej brutalnych metod. Jednak to nie wszystko.
Po 1989 roku świat zachodni utracił cel i do dzisiaj nie wiadomo, jak go odzyskać. A może należałoby mówić nie o celu, lecz o pewnym moralnym porządku. "Imperium zła” było rzeczywiście złe, a teraz źli są terroryści, z którymi nie wiadomo, jak walczyć, ale także ekologowie lub zwolennicy aborcji. Wobec nieistnienia żadnej busoli, żadnych jasnych kryteriów ani strategii każde polityczne działanie inne niż to, które ogranicza się do codziennej i skutecznej pragmatyki, staje się bezsensowne. Widzieliśmy to chociażby na przykładzie porażki mało potrzebnego, rozdętego do niebotycznych rozmiarów europejskiego traktatu konstytucyjnego - chociaż na tle opisywanych praktyk moralności i kłamstwa UE i tak wypada zupełnie dobrze. W czasach demokracji zatem ambicje polityków powinny być bardzo ograniczone, a ich programy możliwie pragmatyczne i chłodne. Błagam, skończmy z udawaniem politycznych moralistów, bo inaczej skończymy jak Amerykanie, wstydząc się siebie samych. Marcin Król, filozof i historyk idei, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, redaktor naczelny pisma "Res Publica Nowa”, felietonista "Tygodnika Powszechnego”, stały współpracownik DZIENNIKA.
Dwie Ameryki?
Republikanie oberwali solidne cięgi po aferze waszyngtońskiego lobbysty Jacka Abramoffa, a coraz częstsze i raczej zdumiewające wypowiedzi prezydenta Busha, że do walki z terroryzmem został powołany przez Boga i że to Bóg powierzył mu religijną misję - wywołują dodatkowe zaniepokojenie czy wręcz zdumienie u nieco bardziej świecko nastawionych komentatorów i wyborców. Stany Zjednoczone są wyjątkowo religijnym krajem, ale wszystko ma swoje granice. Co się zatem w Ameryce stało? I czy jest to objaw większego rozdźwięku w relacjach między moralnością a polityką, rozdźwięku, którego wyraźne zaczątki oglądamy także w Polsce?
Otóż po wyborach w 2004 roku, kiedy to prezydent Bush objął władzę na drugą kadencję, licznie pojawiły się obserwacje i komentarze, że wygrali zwolennicy "wartości moralnych” - jak to w Ameryce nazywano. Szybko policzono, że na Busha głosowali przede wszystkim ludzie najbardziej religijnie, najaktywniej praktykujący - i to ze wszystkich, licznych tam, grup wyznaniowych. W związku z tym socjologowie, politolodzy i publicyści ukuli teorię, iż nastąpiła zmiana podstaw decyzji wyborczych: już nie sprawy gospodarcze, podatkowe czy polityka zagraniczna, lecz "wartości moralne” odgrywają zasadniczą rolę. Następnie - ja też tak sądziłem - zaczęto mówić o dwu Amerykach, które z racji sporu o moralność, a nie sprawy pragmatyczne, będą znacznie trudniej dochodziły do porozumienia, bo - jak wiadomo - w sprawach moralnych w zasadzie nie ma kompromisu. Jakie to były sprawy moralne? Tu sytuacja się komplikuje, bowiem "wartości moralne” to - jak się okazało - na przykład sprzeciw wobec aborcji, małżeństw homoseksualnych czy daleko posuniętych eksperymentów genetycznych, a nie na przykład wobec kary śmierci, tortur czy niszczeniu środowiska. Nie chcę tu stosować etykiet w rodzaju prawicowe i lewicowe wartości moralne, bo sądzę, że można łączyć szacunek dla wartości z obu wymienionych grup, ale pewien obraz świata, który politycy amerykańscy uznali za "wartości moralne”, łączy się w takim właśnie ich rozumieniem. W dodatku okazało się, że nie ma dwu Ameryk, bo obie partie stosują te same metody, także demokraci pogodzili się z przesunięciem w poglądach amerykańskiego społeczeństwa.
Pojawi się bowiem przy tej okazji zadziwiający paradoks. Otóż, wszyscy specjaliści od politycznej propagandy doradzają swoim zleceniodawcom takie postępowanie, bo oceniają, że brutalna i negatywna kampania przynosi najlepsze skutki, to znaczy zapewnia wybór. A równocześnie gwałtownie spada zainteresowanie społeczeństwa amerykańskiego polityką. Czasem ma się wrażenie, że amerykańscy specjaliści powinni uczyć się w Polsce, a nie odwrotnie. Jednak jeszcze bardziej zadziwiające jest to, że i Republikanie, i Demokraci przystali na tak obniżony próg dopuszczalnego kłamstwa. Zapewne w najbliższych wyborach zwyciężą Demokraci, ale nie dlatego, że mają cokolwiek więcej lub lepszego do zaproponowania - bo rzeczowych argumentów w zasadzie nie znamy - lecz dlatego, że Republikanie sprzeniewierzyli się "wartościom moralnym” i na skutek tego kłamanie przez nich oraz stosownie niskich i czasem wręcz podłych środków jest surowiej potępiane. "Wartości moralne” okazały się szalenie niebezpieczne, gdyż ten, kto z takim uporem je głosi, kto nieustannie miesza Boga do polityki, jest potem odpowiednio do swojego programu przez wyborców oceniany. Można więc powiedzieć, że to raczej Republikanie przegrają na skutek skandali obbystyczno-obyczajowych, niż że Demokraci wygrają.
Mariaż moralności z polityką
Przy okazji obniżenia progu dopuszczalnego kłamstwa w polityce, obniża się próg dopuszczalnego kłamstwa w ogóle. Obserwatorzy amerykańscy dostrzegają to na przykład w reklamie, gdzie agresywność i mówienie nieprawdy - zawsze w jakimś stopniu obecne - radykalnie się zwielokrotniły. Ponadto ujawnił się następny proces: erozja zaufania nie tylko do polityków, ale także do podstawowych instytucji politycznych, przede wszystkim Kongresu. W dodatku nie widać na razie sposobu na powstrzymanie tych tendencji, gdyż w przewidywalnej przyszłości nie zmieni się sposób prowadzenia nie tylko polityki, ale kampanii wyborczych, i nie zahamuje się gwałtownej tendencji do wzrostu liczby i rozmiarów kłamstwa.
Przegrywają naturalnie nie politycy amerykańscy, ale amerykańskie społeczeństwo, amerykańska demokracja i obraz Stanów Zjednoczonych w świecie. Co się stało w Ameryce i co się stało w Polsce, gdzie przecież PiS szło do wyborów z hasłem "rewolucji moralnej”, a po roku działania nie tylko akceptuje skrajny pragmatyzm w swoich działaniach, lecz także zawiera umowy koalicyjne z Samoobroną, czego obiecało nie czynić i co jest "niemoralne”?
Nie ma jednej dobrej odpowiedzi, ale przed wszystkim trzeba zwrócić uwagę, że mariaż moralności z polityką nigdy nie wróżył niczego dobrego. Z reguły opierał się on na przekonaniu, że aby osiągnąć „dobre” moralnie cele, można sięgnąć po "złe” moralnie środki, którą to zasadę niesłusznie przypisuje się Machiavellemu. A w polityce znacznie bardziej od celów liczą się środki, w każdym razie w polityce pragmatycznej i nieuchronnie czasem lekko cynicznej, lecz moralnie obojętnej. Cele, wielkie cele stawiają sobie tylko polityczni idealiści, którzy następnie stają się fanatykami lub politykami totalitarnymi lub politycy nawiedzeni stojący na czele wielkich imperiów, którzy, na przykład, chcieliby wprowadzić demokrację na całym świecie, bo tak im każe Bóg. Od takich polityków znacznie cenniejsi są ci, którzy stosują politykę małych kroków, względnej przyzwoitości i zdają sobie sprawę z tego, że wybór polityczny jest niemal zawsze wyborem mniejszego zła, a nie po prostu "dobra”, jak to lubi mówić prezydent Bush.
"Rewolucja moralna” czy "wartości moralne” mają ponadto wyrażać sprzeciw wobec naszego świata, który istotnie nie znajduje się w najlepszej kondycji. Jednak - i to trzeba bardzo mocno podkreślić - poprawianie świata nie należy do zadań polityków, być może jest to zadanie religii lub dobrych ideologii, ale nie demokratycznie wybranych polityków. Gdyż - jeszcze inaczej to formułując - politycy, stawiając sobie tak szczytne cele, ustawiają poprzeczkę na tyle wysoko, że nie mają szansy jej przeskoczyć, a wtedy pozostaje im tylko przechodzenie pod nią i całkowita rezygnacja z reguł dobrego wychowania. Jest to zatem rezultat postawienia wszystkiego na jednej szali: albo-albo. Gdyby udało się wszystko zmienić - wygrać wojnę w Iraku, zaprowadzić "wartości moralne” i znieść ubóstwo - to zwycięstwo byłoby niebywałe, ale skoro to się udać nie może, porażka będzie dramatyczna. I to niekoniecznie w kategoriach władzy politycznej, bo Republikanie na razie całkiem jej nie stracą, ale "moralnych”. Podobnie, gdyby w Polsce można było całkowicie oczyścić życie publiczne z korupcji oraz wyeliminować niewątpliwe niejasne układy między służbami specjalnymi, politykami i gospodarką, byłby to sukces niebywały, ale to się jeszcze nigdy nikomu nie udało i porażka PiS będzie zdumiewająca - znowu nie w kategoriach posiadania władzy, bo tę może jeszcze czas dłuższy utrzymać, ale w kategoriach "moralnych”. "Moralność” okazała się tu tym mieczem, od którego ginie ten, kto nim wojuje.
Brutalizacja życia politycznego
Jak na tym tle wygląda sytuacja milionów obywateli, którzy mają serdecznie dość takiej polityki, a jednocześnie nie mają skąd spodziewać się pomocy lub zmiany? Dlaczego taka radykalna brutalizacja życia politycznego wydaje się specjalistom od walki politycznej, doradcom i macherom politycznym tym, co społeczeństwo lubi najbardziej, co w konsekwencji grozi co najmniej utratą zaufania do instytucji politycznych i zanikiem zainteresowania życiem politycznym? Jak sądzę, poza błędnym pojmowaniem "moralnych wartości” istotne jest przekonanie, że społeczeństwa już się mało polityką interesują i że wobec tego trzeba stosować metody możliwie wyraziste. W ten sposób powstaje spirala w dół. Politycy przez brutalizację życia politycznego powodują zniechęcenie obywateli, a żeby ich do polityki zachęcić, muszą posuwać się do stosowania coraz bardziej brutalnych metod. Jednak to nie wszystko.
Po 1989 roku świat zachodni utracił cel i do dzisiaj nie wiadomo, jak go odzyskać. A może należałoby mówić nie o celu, lecz o pewnym moralnym porządku. "Imperium zła” było rzeczywiście złe, a teraz źli są terroryści, z którymi nie wiadomo, jak walczyć, ale także ekologowie lub zwolennicy aborcji. Wobec nieistnienia żadnej busoli, żadnych jasnych kryteriów ani strategii każde polityczne działanie inne niż to, które ogranicza się do codziennej i skutecznej pragmatyki, staje się bezsensowne. Widzieliśmy to chociażby na przykładzie porażki mało potrzebnego, rozdętego do niebotycznych rozmiarów europejskiego traktatu konstytucyjnego - chociaż na tle opisywanych praktyk moralności i kłamstwa UE i tak wypada zupełnie dobrze. W czasach demokracji zatem ambicje polityków powinny być bardzo ograniczone, a ich programy możliwie pragmatyczne i chłodne. Błagam, skończmy z udawaniem politycznych moralistów, bo inaczej skończymy jak Amerykanie, wstydząc się siebie samych. Marcin Król, filozof i historyk idei, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, redaktor naczelny pisma "Res Publica Nowa”, felietonista "Tygodnika Powszechnego”, stały współpracownik DZIENNIKA.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|