Tu w piątek miał miejsce ostatni akord przedwyborczych wojaży premiera. Kaczyński nie zdążył odwiedzić Gdańska czy Lublina, ale na Elbląg znalazł czas. Konferencja prasowa z zapowiedzią budowy ważnego dla elbląskiego portu kanału przez Mierzeję Wiślaną i wywiad dla lokalnego radia, to jedyne ukłony wobec wymogów kampanii. Widać było, że ważniejsze jest spotkanie z grupą 20 osób, z którą Kaczyński zaprzyjaźnił się jeszcze w czasach Porozumienia Centrum. Wszyscy są z nim na ty, wzajemnie poklepują się po ramionach.
"Jarek, pamiętasz tych pijaczków, którzy podpierali futrynę drzwi na spotkaniu w remizie w Wilczętach?" - to poseł Krasulski przypomniał zabawny epizod z kampanii
wyborczej 1989 roku. I naraz obaj zaczynają pokazywać, jak jeden pijaczek podpierał drugiego. "A pamiętasz spotkanie w Nowym Stawie? Tam było hasło <Z Toporem do Senatu>
– teraz rozbawiony Kaczyński zaczyna opowiadać o swoim konkurencie z PSL o nazwisku Topór. Dalej wspominano wiec w Braniewie, jakiegoś faceta z Kisielic i inne lokalne historie. Widać,
że Kaczyński ma sporą wiedzę o tutejszych niuansach.
Ktoś, kto czuje się zagrożony, walczy do ostaniej chwili. Stara się „wyssać” każdą minutę. A tu nic takiego nie ma miejsca. I to nie jest kolejna PR-owska sztuczka Adama
Bilena i Michała Kamińskiego. To wyluzowanie jest naturalne, zrozumiałe, gdy przypomnimy, co działo się z Kaczyńskim przez ostatnie miesiące.
"Był taki moment, kiedy miał strach w oczach" – przyznaje znaczący polityk PiS. "Wtedy, gdy przed dwoma miesiącami Andrzej Lepper zagroził premierowi, że
zagłosuje wraz z Samoobroną przeciw ministrowi skarbu Wojciechowi Jasińskiemu. Kaczyński czuł, że musi się cofać, a na końcu tej rejterady mogły być wcześniejsze wybory parlamentarene,
zakończone porażką".
To co robił później – usunięcie Leppera z rządu, zakończone kompromitacją negocjacje ze zbuntowanymi posłami Samoobrony, wreszcie odbudowa koalicji, nie były następstwem misternego planu. Raczej gorączkowej improwizacji. Tak, jak nie wynikały z żadnego planu poprzednie ruchy prowadzące do przymierza rządowego z Lepperem i Giertychem. I tym bardziej zaskakujący jest za każdym razem względnie pomyślny finał.
Nie po raz pierwszy. Z wielkorządcy budującego rządy, Jarosław Kaczyński zmieniał się w wygnańca poza parlamentem. Ze współotwórcy AWS – w niezależnego posła, nie mającego własnego kąta w Sejmie. Jest przyzwyczajony do upadków i wzlotów. Nawet kiedy zaczął się wydobywać z dołka, gdzie wpędziły go taśmy Begerowej, to nie bez wahnięć. PiS przeprowadza codzienne sondaże. Już przed dwoma tygodniami zaczęło wyprzedzać faworyta, czyli partię Tuska. Ale w ostatnich dniach znów straciło parę punktów. "Może przez aferę z tajną notatką z rozmowy z amerykańskim dyplomatą, może przez sprawę Jelfy" - zastanawia się jeden ze strategów kampanii Adam Bielan.
Kaczyński to człowiek, który zawsze lubił zamartwiać się na zapas. "Trochę jak Kubuś Puchatek, który schodząc z górki myśli już o tym, że trzeba się wspiąć na następną" – opowiada polityk PiS, który był przy nim od początku lat 90. Ale ci co go obserwują ostatnio, twierdzą, że niewiele z tego zostało. "Ten polityk nadal się zmienia. Szefowanie rządowi uwolniło go od wielu stresów, poczucia, że nie ma pełnego wpływu na sytuację. Ale też stwardniał. Dawniej jako lider partii uwielbiał wielogodzinne pogawędki pełne dygresji, kończące się zarywaniem terminów kolejnych spotkań, dziś jego przepełniony kalendarz zmusza go do tego, że sam przerywa rozmówcom. Dawniej lubił długo spać. Teraz zrywa się rano. Nie ma wyboru. To jego gra o wszystko".
Gra o wszystko – tylko, że z wynikiem odroczonym o miesiące, jeśli nie lata. Kaczyński tak zbudował swoją partię, że żadnych rozliczeń nie będzie. Najwyżej on sam znajdzie paru kozłów ofiarnych, jak podczas zeszłorocznej kampanii parlamentarnej, kiedy popełnił błąd, wyjeżdżając w lipcu z bratem na wakacje i dając Tuskowi okazję do wzmocnienia pozycji. Okazało się, że winny jest sztab, nigdy on. Tak byłoby i teraz.
W PiS nie ma człowieka, który powie w przyszłości – jak może powiedzieć Jan Rokita w PO – przewidywałem porażkę, ale mnie nie słuchano. Może kandydatem na takiego człowieka byłby Kazimierz Marcinkiewicz. Jednak Kaczyński uczynił go główną twarzą kampanii ogólnopolskiej i przeznaczył z partyjnych funduszy rekordową sumę pieniędzy na jego kampanię w stolicy.
Ale jest rzecz może nawet ważniejsza. Działacze PiS obawiali się manta spuszczonego im przez PO, więc zadowoli ich każdy wynik, który nie okaże się klęską. – Najpierw będą prognozy z dużych miast, w których lepiej wypadnie Platforma – przewiduje Bielan. – Ale w sejmikach wojewódzkich powinien być remis, może ze wskazaniem na nas.
W dodatku każdy układ polityczny w sejmikach może pracować na rzecz PiS. Jeśli partia Kaczyńskiego wejdzie w koalicję samorządową z partią Tuska (co z powodów psychologicznych jest mało prawdopodobne) opanuje prawie wszystkie województwa. Jeśli nie – będzie krzyczeć wielkim głosem, że PO współdziała z SLD. Outsider Kaczyński znów staje się głównym rozgrywającym. To ważne, bo – jak napisał w zeszłym tygodniu Michał Karnowski – stawką nie jest liczba radnych w samorządach, tylko spokojne rządy przez następne trzy lata. Pytanie tylko, jakie to będą rządy.
Jednak Kaczyński – przyznają to nawet sztabowcy PO – ma w sobie coś takiego, że jego elektorat, raz trochę większy, raz trochę mniejszy, wybacza mu wiele. "Nawet jego słabości czynią go odrobinę bardziej wiarygodnym od Tuska" - mówi znający wyborcze fokusy polityk PO. Więc szef PiS może sobie pozwolić na błędy: zbyt ostre ataki na opozycję, impulsywne wystąpienia, a także poważniejsze polityczne wpadki. Słabość stara się przekuć na sukces. Komentarze zgodnie krytykują jego decyzję zamknięcia zakładów w Jelfie, a sztabowcy premiera się cieszą. – Pokazał, że szybko reaguje na słabości nadzoru farmaceutycznego, który bardziej boi się firm niż Ministerstwa Zdrowia – tłumaczy polityk PiS.
Po elbląskim piątku dla lidera PiS nastąpił spokojny weekend. W sobotę towarzyszył bratu na trybunie podczas obchodów Święta 11 Listopada i spotkał się ze stuletnimi weteranami wojny 1920 roku. W niedzielę – msza, obiad z bratem, pod wieczór spotkanie z Marcinkiewiczem. Zero wstrząsów.
I tylko dwóch rzeczy Kaczyński nie zrobił, choć lubi. Nie poszedł do swojej parafii na Żoliborzu. Rok temu po wyborach parlamentarnych podrażnili go dziennikarze oblegający go zaraz przy wejściu. Teraz więc modlił się w kaplicy prezydenckiej. A podczas obiadu nie sięgnął po ulubione czerwone wino – kadarkę. Niedawno ślubował na Jasnej Górze nie brać do ust alkoholu.
Piotr Zaremba, publicysta DZIENNIKA