"Obserwuję poczynania Platformy i zastanawiam się nad ich cynicznym podejściem do państwa. Nie ma u nich wizji i nie ma programu, jest wydmuszka" - mówi "Faktowi" Wojciech Olejniczak, przewodniczący Sojuszu Lewicy Demokratycznej.
Łukasz Warzecha: Czy widzi pan możliwość sojuszu z Platformą Obywatelską?
Wojciech Olejniczak: Dziś nie widzę. Obserwuję poczynania Platformy i zastanawiam się nad ich cynicznym podejściem do państwa. Nie ma u nich wizji i nie ma programu, jest wydmuszka. O czymś Platforma chce decydować, ale tak naprawdę obojętne im, co zdecyduje. W prawo czy w lewo, czy program liberalny czy socjalny, konserwatywne czy liberalne podejście światopoglądowe. Z taka partią nie da się trwale związać.
Bardzo stanowcza deklaracja.
– Mówię o obecnej sytuacji. Ona się oczywiście może w przyszłości zmienić. Na razie jasne jest dla mnie, że z Platformą Obywatelską, taką jaka jest dzisiaj, rządzić się nie da.
Kto jest w tej chwili głównym przeciwnikiem politycznym dla lewicy? PO czy PiS?
Musimy przedstawiać alternatywę dla obu tych ugrupowań. Żadnego z nich bym nie wyróżniał, bo tak prawdę powiedziawszy te partie nie różnią się między sobą. To kampania parlamentarna z roku 2005 je poróżniła na tych, co są liberalni, i tych, co są solidarni. Przecież to byli politycy AWS-u, który zostawili Polskę z zerowym wzrostem gospodarczym w roku 2001.
Nie obawia się Pan, że PiS może was zajść od lewej strony? Przecież to tradycyjnie lewica reprezentowała najbiedniejszych, najbardziej pokrzywdzonych. Tymczasem PiS skutecznie przejął tę retorykę.
Dobrze pan to ujął: przejął retorykę. I nic poza tym. Jeśli spojrzeć na listę rzeczywistych ich dokonań, to jest ona pusta. Poza hasłami PiS nie ma z lewicą nic wspólnego. Nie zajdzie nas z lewej strony, bo tak naprawdę nigdy tam nie był i nie będzie.
Uważa pan, że w wyborach samorządowych lewica odniosła sukces?
Z wyników w wielu okręgach jesteśmy bardzo zadowoleni. W innych powinniśmy się uderzyć w piersi i zacząć pracę od nowa. W sejmikach wojewódzkich, jeśli spojrzeć na wyniki procentowe, liczyłem na więcej. Ale i tak nie jest źle. Mamy się z czego cieszyć, jeśli chodzi o wybory bezpośrednie wójtów, burmistrzów i prezydentów. Tych z lewicy zostało wybranych znacznie więcej niż z Platformy Obywatelskiej. Ale dla nas najważniejsze jest, że te wybory przekonały wszystkich, że koalicja lewicy i demokratów ma znacznie większe szanse na zbudowanie w przyszłości mocniejszej pozycji.
A generalny wynik? W sumie dostaliście przecież mniej głosów niż w ostatnich wyborach parlamentarnych i poprzednich samorządowych.
Po pierwsze – gdybyśmy poszli do wyborów jako oddzielne komitety, a nie zjednoczeni, to wynik byłby na pewno gorszy. Po drugie – w 85 procentach utrzymaliśmy lewicowy elektorat, który w poprzednich wyborach był bardzo podzielony. Część, za namową polityków SLD, nienawidziła SDPL, a część, za namową polityków SDPL, nienawidziła SLD. To dotyczy także elektoratu Partii Demokratycznej. Pod tym względem osiągnęliśmy niewątpliwy sukces.
Czy to oznacza, że sprawa wspólnego startu Lewicy i Demokratów w wyborach parlamentarnych jest przesądzona?
To nie jest jeszcze przesądzone, ale to jest cel, do którego będę konsekwentnie dążył.
Uda się? Marek Borowski w wywiadzie dla Faktu powiedział, że układanie list wyborczych przed ostatnimi wyborami to była droga przez mękę.
Nie tylko dla niego. Mam nadzieję, że przed wyborami parlamentarnymi będzie łatwiej, bo pierwsze doświadczenia mamy za sobą, bo prościej będzie uzgodnić kilkudziesięciu liderów list niż kilkuset.
Będą starcia, dotyczące także dalszych miejsc na listach.
Myślę, że damy sobie z tym radę bez większego problemu.
I animozje wewnątrz waszej koalicji, głównie między ludźmi SLD a SDPL, nie będą przeszkodą? Przecież one nie wygasły.
To nie na lewicy trwa teraz najgorętszy spór wewnętrzny, ale na prawicy – wewnątrz PO. My najpoważniejsze napięcia mamy za sobą. Na szczęście potrafiliśmy je przezwyciężyć. Przypominam, że po obu stronach tamtego konfliktu są ludzie wywodzący się z tego samego środowiska. Przecież w 2001 roku podczas układania list było nie mniej podobnych konfliktów co teraz, choć to się działo jeszcze przed oderwaniem się od SLD grupy działaczy. Takie tarcia zawsze towarzyszą wyborom i są obecne w każdej partii.
Ale ja pytam o bardziej fundamentalny spór, bo przecież o odejściu Marka Borowskiego z grupą zwolenników nie zadecydowały nieporozumienia wokół list wyborczych.
Tamten konflikt był w jakimś stopniu również personalny. Ale oczywiście chodziło także o kwestie takie, jak program Hausnera, brak wyrazistości ideowej, definicję lewicowości, realizację programu wyborczego, no i przede wszystkim styl sprawowania władzy. Wszyscy mówili o potrzebie zmian. No i jedni wybrali drogę odejścia z SLD, a inni, tak jak ja, drogę zmieniania samego Sojuszu. Dziś na tyle dojrzeliśmy, że możemy znowu działać wspólnie.
Ale grupa działaczy uznających Marka Borowskiego za zdrajcę przecież nie zniknęła.
Pewnie nie.
No to jak oni sobie dają radę z obecną sytuacją?
No cóż, lody przełamuje się bardzo trudno i tak było w Warszawie z poparciem dla Marka Borowskiego. No, ale potem bardzo miło było widzieć ogromne zaangażowanie wszystkich, aby ten wynik był jak najlepszy. Trzeba umieć szukać porozumienia, bo tylko to daje szanse na sukces.
I przeciwnicy Marka Borowskiego mu wybaczyli? Chyba nie.
Tego nie wiem, ale myślę, że niektórzy tak, niektórzy nie.
A wybaczą?
Tego też nie wiem. Mam jednak nadzieję, że i w tym przypadku zwycięży zdrowy rozsądek, bo w polityce nie ma miejsca na obrażanie się.
Jakie w takim razie będzie w SLD miejsce tych, którzy nie są w stanie się z tym pogodzić?
Pan żartuje. Powiem jeszcze raz: w polityce osobiste urazy muszą pozostać z boku. Liczy się program i cel, jaki ma się osiągnąć. Mam nadzieję, że wszyscy to rozumieją.
Rozszyfrowuję pana wypowiedź w następujący sposób: albo przeciwnicy Marka Borowskiego zagryzą zęby i zaakceptują ten sojusz, albo będą zmuszeni wycofać się do drugiej, albo i trzeciej linii.
Jest pan bardzo zdecydowany w tym rozszyfrowywaniu, ale to nie tak. Ja nie mam wrażenia, żeby ktoś tego sojuszu nie akceptował. Gdy dziś wewnątrz partii oceniamy wyniki wyborów, zdaniem znakomitej większości warto było to porozumienie zawierać.
Jakie miejsce przewiduje pan dla znanych twarzy Sojuszu, takich jak Józef Oleksy czy Leszek Miller?
Osoby z tak dużym doświadczeniem politycznym, gospodarczym to przede wszystkim doskonałe źródło wiedzy.
Co to znaczy konkretnie? Jaką rolę widziałby pan dla Leszka Millera?
Dzisiaj jestem w tej komfortowej sytuacji, że nie rozdaję żadnych ról ani stanowisk. Chciałbym więc po prostu, żeby osoby takie, jak Leszek Miller i Józef Oleksy, dzieliły się ze mną swoimi uwagami na temat funkcjonowania partii, ale także, żeby robiły wszystko, aby wzmacniać pozycję SLD, wspierać Lewicę i Demokratów i wspierać także mnie jako szefa partii. Bo im silniejsza pozycja lidera partii, tym silniejsza partia i całe środowisko.
Jakie ma pan relacje z Leszkiem Millerem?
Dobre. To osoba z ogromnym doświadczeniem politycznym, gospodarczym i rządowym. To on uwierzył, że młody człowiek może wprowadzić polskie rolnictwo do Unii i za to jestem mu wdzięczny.
A z Józefem Oleksym?
Dobre. Często rozmawiamy.
Nie martwi pana, że Marek Borowski może z panem konkurować o przywództwo na lewicy?
Absolutnie nie. Przywództwo na lewicy było zawsze wyraziste, ale przecież się zmieniało. To naturalne. A jeśli mówimy o sytuacji LiD-u - im więcej osób będzie się wybijało, tym lepiej.
I nie ma w gronie potencjalnych liderów ambicji, aby innych przydeptać?
– Pan znów żartuje. Czas nauczył nas pokory wobec ludzi. Głównym naszym celem jest odbudowanie zaufania, które zostało mocno nadszarpnięte. Zapewniam pana, że nikt u nas nikogo nie chce, jak pan to nazwał, przydepnąć. Uważam natomiast, że nikt nie ma tak zwanego patentu na mądrość i warto słuchać innych. Tak robiłem w Ministerstwie Rolnictwa i dobrze na tym wychodziłem.
Lewica i Demokraci mają wkrótce przedstawić swój program. Na co w nim położycie nacisk? Na tradycyjną, społeczną lewicowość, zajmującą się pokrzywdzonymi i słabymi, czy na pomysły z katalogu Sławomira Sierakowskiego i Kazimiery Szczuki: związki homoseksualne, aborcja, eutanazja, feminizm?
Będzie i to, i to. Nowoczesna, europejska lewica to jedno i drugie.
Chciałby pan skopiować w Polsce dość radykalne lewicowe rozwiązania, jakie zastosował w Hiszpanii premier Zapatero?
To nie jest kwestia kopiowania. Kopiowanie nie może się udać. Zawsze trzeba uwzględniać lokalną specyfikę, ale nie po to, aby z góry ograniczać postulaty, tylko po to, aby w konkretnym kontekście przekonać ludzi, żeby opowiedzieli się za większą równością majątkową i poszerzaniem wolności światopoglądowej.
Powiedzmy, że wybory parlamentarne będą dopiero za trzy lata. Ile procent chciałby pan w nich zdobyć?
Przynajmniej jedna trzecia wyborców ma lewicowe sympatie. Marzę o pozyskaniu ich zaufania. Wojciech Olejniczak, przewodniczący SLD, wicemarszałek Sejmu
Wojciech Olejniczak: Dziś nie widzę. Obserwuję poczynania Platformy i zastanawiam się nad ich cynicznym podejściem do państwa. Nie ma u nich wizji i nie ma programu, jest wydmuszka. O czymś Platforma chce decydować, ale tak naprawdę obojętne im, co zdecyduje. W prawo czy w lewo, czy program liberalny czy socjalny, konserwatywne czy liberalne podejście światopoglądowe. Z taka partią nie da się trwale związać.
Bardzo stanowcza deklaracja.
– Mówię o obecnej sytuacji. Ona się oczywiście może w przyszłości zmienić. Na razie jasne jest dla mnie, że z Platformą Obywatelską, taką jaka jest dzisiaj, rządzić się nie da.
Kto jest w tej chwili głównym przeciwnikiem politycznym dla lewicy? PO czy PiS?
Musimy przedstawiać alternatywę dla obu tych ugrupowań. Żadnego z nich bym nie wyróżniał, bo tak prawdę powiedziawszy te partie nie różnią się między sobą. To kampania parlamentarna z roku 2005 je poróżniła na tych, co są liberalni, i tych, co są solidarni. Przecież to byli politycy AWS-u, który zostawili Polskę z zerowym wzrostem gospodarczym w roku 2001.
Nie obawia się Pan, że PiS może was zajść od lewej strony? Przecież to tradycyjnie lewica reprezentowała najbiedniejszych, najbardziej pokrzywdzonych. Tymczasem PiS skutecznie przejął tę retorykę.
Dobrze pan to ujął: przejął retorykę. I nic poza tym. Jeśli spojrzeć na listę rzeczywistych ich dokonań, to jest ona pusta. Poza hasłami PiS nie ma z lewicą nic wspólnego. Nie zajdzie nas z lewej strony, bo tak naprawdę nigdy tam nie był i nie będzie.
Uważa pan, że w wyborach samorządowych lewica odniosła sukces?
Z wyników w wielu okręgach jesteśmy bardzo zadowoleni. W innych powinniśmy się uderzyć w piersi i zacząć pracę od nowa. W sejmikach wojewódzkich, jeśli spojrzeć na wyniki procentowe, liczyłem na więcej. Ale i tak nie jest źle. Mamy się z czego cieszyć, jeśli chodzi o wybory bezpośrednie wójtów, burmistrzów i prezydentów. Tych z lewicy zostało wybranych znacznie więcej niż z Platformy Obywatelskiej. Ale dla nas najważniejsze jest, że te wybory przekonały wszystkich, że koalicja lewicy i demokratów ma znacznie większe szanse na zbudowanie w przyszłości mocniejszej pozycji.
A generalny wynik? W sumie dostaliście przecież mniej głosów niż w ostatnich wyborach parlamentarnych i poprzednich samorządowych.
Po pierwsze – gdybyśmy poszli do wyborów jako oddzielne komitety, a nie zjednoczeni, to wynik byłby na pewno gorszy. Po drugie – w 85 procentach utrzymaliśmy lewicowy elektorat, który w poprzednich wyborach był bardzo podzielony. Część, za namową polityków SLD, nienawidziła SDPL, a część, za namową polityków SDPL, nienawidziła SLD. To dotyczy także elektoratu Partii Demokratycznej. Pod tym względem osiągnęliśmy niewątpliwy sukces.
Czy to oznacza, że sprawa wspólnego startu Lewicy i Demokratów w wyborach parlamentarnych jest przesądzona?
To nie jest jeszcze przesądzone, ale to jest cel, do którego będę konsekwentnie dążył.
Uda się? Marek Borowski w wywiadzie dla Faktu powiedział, że układanie list wyborczych przed ostatnimi wyborami to była droga przez mękę.
Nie tylko dla niego. Mam nadzieję, że przed wyborami parlamentarnymi będzie łatwiej, bo pierwsze doświadczenia mamy za sobą, bo prościej będzie uzgodnić kilkudziesięciu liderów list niż kilkuset.
Będą starcia, dotyczące także dalszych miejsc na listach.
Myślę, że damy sobie z tym radę bez większego problemu.
I animozje wewnątrz waszej koalicji, głównie między ludźmi SLD a SDPL, nie będą przeszkodą? Przecież one nie wygasły.
To nie na lewicy trwa teraz najgorętszy spór wewnętrzny, ale na prawicy – wewnątrz PO. My najpoważniejsze napięcia mamy za sobą. Na szczęście potrafiliśmy je przezwyciężyć. Przypominam, że po obu stronach tamtego konfliktu są ludzie wywodzący się z tego samego środowiska. Przecież w 2001 roku podczas układania list było nie mniej podobnych konfliktów co teraz, choć to się działo jeszcze przed oderwaniem się od SLD grupy działaczy. Takie tarcia zawsze towarzyszą wyborom i są obecne w każdej partii.
Ale ja pytam o bardziej fundamentalny spór, bo przecież o odejściu Marka Borowskiego z grupą zwolenników nie zadecydowały nieporozumienia wokół list wyborczych.
Tamten konflikt był w jakimś stopniu również personalny. Ale oczywiście chodziło także o kwestie takie, jak program Hausnera, brak wyrazistości ideowej, definicję lewicowości, realizację programu wyborczego, no i przede wszystkim styl sprawowania władzy. Wszyscy mówili o potrzebie zmian. No i jedni wybrali drogę odejścia z SLD, a inni, tak jak ja, drogę zmieniania samego Sojuszu. Dziś na tyle dojrzeliśmy, że możemy znowu działać wspólnie.
Ale grupa działaczy uznających Marka Borowskiego za zdrajcę przecież nie zniknęła.
Pewnie nie.
No to jak oni sobie dają radę z obecną sytuacją?
No cóż, lody przełamuje się bardzo trudno i tak było w Warszawie z poparciem dla Marka Borowskiego. No, ale potem bardzo miło było widzieć ogromne zaangażowanie wszystkich, aby ten wynik był jak najlepszy. Trzeba umieć szukać porozumienia, bo tylko to daje szanse na sukces.
I przeciwnicy Marka Borowskiego mu wybaczyli? Chyba nie.
Tego nie wiem, ale myślę, że niektórzy tak, niektórzy nie.
A wybaczą?
Tego też nie wiem. Mam jednak nadzieję, że i w tym przypadku zwycięży zdrowy rozsądek, bo w polityce nie ma miejsca na obrażanie się.
Jakie w takim razie będzie w SLD miejsce tych, którzy nie są w stanie się z tym pogodzić?
Pan żartuje. Powiem jeszcze raz: w polityce osobiste urazy muszą pozostać z boku. Liczy się program i cel, jaki ma się osiągnąć. Mam nadzieję, że wszyscy to rozumieją.
Rozszyfrowuję pana wypowiedź w następujący sposób: albo przeciwnicy Marka Borowskiego zagryzą zęby i zaakceptują ten sojusz, albo będą zmuszeni wycofać się do drugiej, albo i trzeciej linii.
Jest pan bardzo zdecydowany w tym rozszyfrowywaniu, ale to nie tak. Ja nie mam wrażenia, żeby ktoś tego sojuszu nie akceptował. Gdy dziś wewnątrz partii oceniamy wyniki wyborów, zdaniem znakomitej większości warto było to porozumienie zawierać.
Jakie miejsce przewiduje pan dla znanych twarzy Sojuszu, takich jak Józef Oleksy czy Leszek Miller?
Osoby z tak dużym doświadczeniem politycznym, gospodarczym to przede wszystkim doskonałe źródło wiedzy.
Co to znaczy konkretnie? Jaką rolę widziałby pan dla Leszka Millera?
Dzisiaj jestem w tej komfortowej sytuacji, że nie rozdaję żadnych ról ani stanowisk. Chciałbym więc po prostu, żeby osoby takie, jak Leszek Miller i Józef Oleksy, dzieliły się ze mną swoimi uwagami na temat funkcjonowania partii, ale także, żeby robiły wszystko, aby wzmacniać pozycję SLD, wspierać Lewicę i Demokratów i wspierać także mnie jako szefa partii. Bo im silniejsza pozycja lidera partii, tym silniejsza partia i całe środowisko.
Jakie ma pan relacje z Leszkiem Millerem?
Dobre. To osoba z ogromnym doświadczeniem politycznym, gospodarczym i rządowym. To on uwierzył, że młody człowiek może wprowadzić polskie rolnictwo do Unii i za to jestem mu wdzięczny.
A z Józefem Oleksym?
Dobre. Często rozmawiamy.
Nie martwi pana, że Marek Borowski może z panem konkurować o przywództwo na lewicy?
Absolutnie nie. Przywództwo na lewicy było zawsze wyraziste, ale przecież się zmieniało. To naturalne. A jeśli mówimy o sytuacji LiD-u - im więcej osób będzie się wybijało, tym lepiej.
I nie ma w gronie potencjalnych liderów ambicji, aby innych przydeptać?
– Pan znów żartuje. Czas nauczył nas pokory wobec ludzi. Głównym naszym celem jest odbudowanie zaufania, które zostało mocno nadszarpnięte. Zapewniam pana, że nikt u nas nikogo nie chce, jak pan to nazwał, przydepnąć. Uważam natomiast, że nikt nie ma tak zwanego patentu na mądrość i warto słuchać innych. Tak robiłem w Ministerstwie Rolnictwa i dobrze na tym wychodziłem.
Lewica i Demokraci mają wkrótce przedstawić swój program. Na co w nim położycie nacisk? Na tradycyjną, społeczną lewicowość, zajmującą się pokrzywdzonymi i słabymi, czy na pomysły z katalogu Sławomira Sierakowskiego i Kazimiery Szczuki: związki homoseksualne, aborcja, eutanazja, feminizm?
Będzie i to, i to. Nowoczesna, europejska lewica to jedno i drugie.
Chciałby pan skopiować w Polsce dość radykalne lewicowe rozwiązania, jakie zastosował w Hiszpanii premier Zapatero?
To nie jest kwestia kopiowania. Kopiowanie nie może się udać. Zawsze trzeba uwzględniać lokalną specyfikę, ale nie po to, aby z góry ograniczać postulaty, tylko po to, aby w konkretnym kontekście przekonać ludzi, żeby opowiedzieli się za większą równością majątkową i poszerzaniem wolności światopoglądowej.
Powiedzmy, że wybory parlamentarne będą dopiero za trzy lata. Ile procent chciałby pan w nich zdobyć?
Przynajmniej jedna trzecia wyborców ma lewicowe sympatie. Marzę o pozyskaniu ich zaufania. Wojciech Olejniczak, przewodniczący SLD, wicemarszałek Sejmu
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|