Aleksander Kwaśniewski zaprzecza i nie zaprzecza. Twierdzi, że majowa konferencja poświęcona prawom człowieka w Polsce - o której napisaliśmy w DZIENNIKU - nie będzie okazją do budowy nowego ruchu politycznego. Równocześnie mówi, że taki ruch być może powstanie - pisze Piotr Zaremba, publicysta DZIENNIKA.
Nie dziwię się zaprzeczeniom. Inicjatywa miała mieć urok nowości. Teraz ten efekt znika. Co więcej pojawienie się Kwaśniewskiego w gronie szacownych
intelektualistów, autorytetów, z których nie wszyscy chcą się otwarcie angażować po stronie byłego prezydenta, miało być pierwszym krokiem. Możliwe, że podsunięto by im do podpisania
oświadczenie piętnujące stan praw człowieka w Polsce. Możliwe też, że doszłoby do podziału na tych, którzy sympatyzują z ruchem z zewnątrz i tych, którzy gotowi są w nim działać.
Nawet zasłużeni politycy - tacy jak Bronisław Geremek - rozumieli ten pomysł zapewne bardziej jako ponadpartyjny komitet osobowości niż trampolinę dla dalszych działań politycznych
Kwaśniewskiego.
Ta inicjatywa - powtórzmy, z pewnością nie nowa partia - to następstwo problemów Kwaśniewskiego. Jego powrót na scenę robi wrażenie przedwczesnego i wymuszonego okolicznościami - zarzutami o różnym ciężarze gatunkowym. W dodatku żadna z partii, łącznie z lewicą, nie przyjęła tego powrotu jako czegoś wymarzonego. A szykując się do publicznej aktywności, nie można w nieskończoność bazować na występach w telewizyjnych programach.
Apartyjny ruch czy komitet dawałby instytucjonalną bazę, a działalność w nim - czas na rozejrzenie się. Możliwe, że Kwaśniewski spróbowałby własnego ugrupowania. Ale możliwe też, że wywierałby presję na już istniejące stronnictwa - silne budżetowymi pieniędzmi i strukturami - aby zapewniły mu odpowiednio mocną pozycję. Co teraz wymyśli jego otoczenie - dalibóg nie wiem.
Tak czy inaczej, come-back popularnego niegdyś polityka to fakt. PO musi się szykować do trudnej rozgrywki na dwa fronty. Tym trudniejszej, że ostatnio robiła wiele, by się od umiarkowanej socjalliberalnej lewicy bardzo nie różnić. Antypisowski target, o który będą zabiegać Tusk i Kwaśniewski, częściowo się na siebie nakłada. Ewentualny kontrakt między tymi postaciami jest chyba mało realny - za dużo tu sprzecznych ambicji i - mimo wszystko - przekonań. W dodatku część sympatyków Platformy chyba tego nie kupi.
Sprzeczności między Kwaśniewskim i Olejniczakiem czy Borowskim są mniejsze. Oni także ewoluują w kierunku miękkiego socjalliberalizmu, a tak naprawdę unikają zajmowania stanowiska w kluczowych sprawach - raz atakując PiS z pozycji liberalnych, innym razem z socjalnych. Problemem są tylko zranione ambicje. No i pytanie na ile nękany przez prokuraturę Kwaśniewski jest atutem, a na ile obciążeniem. Zarazem on sam zdaje się trochę lekceważyć potencjał SLD czy nawet LiD-u.
Dla PiS pojawienie się Kwaśniewskiego to prezent i szansa na podzielenie elektoratu PO. Były prezydent wydaje się też łatwym celem, bo można go atakować za niedawną przeszłość. Ale partia Kaczyńskiego powinna pamiętać: Kwaśniewski to poważny zawodnik. Zwłaszcza jego międzynarodowe koneksje mogą szkodzić obecnemu rządowi. Nieprzypadkowo majowa konferencja miała się zajmować niekorzystnym dla rządzącej koalicji raportem Rady Europy.
Wojna Kwaśniewskiego z PiS cofa polską politykę o kilka lat. Głównym jej tematem może się znowu stać stosunek jeśli nie do postkomunizmu, to do afery Rywina i ułaskawienia Sobotki. Z drugiej strony imponującą listę nazwisk - od Mazowieckiego po Zolla - dałoby się zgromadzić wokół jednego - symbolicznego sporu: za czy przeciw III lub IV RP. Spór Tuska z Kaczyńskim ma choć pozory sporu merytorycznego - o to, jak urządzać obecną Polskę.
Ci, którzy Kwaśniewskiego się obawiają, mogą się pocieszać jednym. Nie jest on zbyt wytrwały i w razie trudności może porzucić własne pomysły. Dawny twórca potęgi lewicy wykazał się niejednokrotnie politycznym nosem. Jeśli jego come-back "nie zagra", zrezygnuje z niego równie nagle, jak się zdecydował.
Ta inicjatywa - powtórzmy, z pewnością nie nowa partia - to następstwo problemów Kwaśniewskiego. Jego powrót na scenę robi wrażenie przedwczesnego i wymuszonego okolicznościami - zarzutami o różnym ciężarze gatunkowym. W dodatku żadna z partii, łącznie z lewicą, nie przyjęła tego powrotu jako czegoś wymarzonego. A szykując się do publicznej aktywności, nie można w nieskończoność bazować na występach w telewizyjnych programach.
Apartyjny ruch czy komitet dawałby instytucjonalną bazę, a działalność w nim - czas na rozejrzenie się. Możliwe, że Kwaśniewski spróbowałby własnego ugrupowania. Ale możliwe też, że wywierałby presję na już istniejące stronnictwa - silne budżetowymi pieniędzmi i strukturami - aby zapewniły mu odpowiednio mocną pozycję. Co teraz wymyśli jego otoczenie - dalibóg nie wiem.
Tak czy inaczej, come-back popularnego niegdyś polityka to fakt. PO musi się szykować do trudnej rozgrywki na dwa fronty. Tym trudniejszej, że ostatnio robiła wiele, by się od umiarkowanej socjalliberalnej lewicy bardzo nie różnić. Antypisowski target, o który będą zabiegać Tusk i Kwaśniewski, częściowo się na siebie nakłada. Ewentualny kontrakt między tymi postaciami jest chyba mało realny - za dużo tu sprzecznych ambicji i - mimo wszystko - przekonań. W dodatku część sympatyków Platformy chyba tego nie kupi.
Sprzeczności między Kwaśniewskim i Olejniczakiem czy Borowskim są mniejsze. Oni także ewoluują w kierunku miękkiego socjalliberalizmu, a tak naprawdę unikają zajmowania stanowiska w kluczowych sprawach - raz atakując PiS z pozycji liberalnych, innym razem z socjalnych. Problemem są tylko zranione ambicje. No i pytanie na ile nękany przez prokuraturę Kwaśniewski jest atutem, a na ile obciążeniem. Zarazem on sam zdaje się trochę lekceważyć potencjał SLD czy nawet LiD-u.
Dla PiS pojawienie się Kwaśniewskiego to prezent i szansa na podzielenie elektoratu PO. Były prezydent wydaje się też łatwym celem, bo można go atakować za niedawną przeszłość. Ale partia Kaczyńskiego powinna pamiętać: Kwaśniewski to poważny zawodnik. Zwłaszcza jego międzynarodowe koneksje mogą szkodzić obecnemu rządowi. Nieprzypadkowo majowa konferencja miała się zajmować niekorzystnym dla rządzącej koalicji raportem Rady Europy.
Wojna Kwaśniewskiego z PiS cofa polską politykę o kilka lat. Głównym jej tematem może się znowu stać stosunek jeśli nie do postkomunizmu, to do afery Rywina i ułaskawienia Sobotki. Z drugiej strony imponującą listę nazwisk - od Mazowieckiego po Zolla - dałoby się zgromadzić wokół jednego - symbolicznego sporu: za czy przeciw III lub IV RP. Spór Tuska z Kaczyńskim ma choć pozory sporu merytorycznego - o to, jak urządzać obecną Polskę.
Ci, którzy Kwaśniewskiego się obawiają, mogą się pocieszać jednym. Nie jest on zbyt wytrwały i w razie trudności może porzucić własne pomysły. Dawny twórca potęgi lewicy wykazał się niejednokrotnie politycznym nosem. Jeśli jego come-back "nie zagra", zrezygnuje z niego równie nagle, jak się zdecydował.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|