Dziennik Gazeta Prawana logo

"Jak uczyliśmy się natury"

13 października 2007, 14:27
Ten tekst przeczytasz w 10 minut
Jesteśmy w gruncie rzeczy równie prymitywni, jak ludzie zamieszkujący imperia "hydrotechniczne" i tylko nieprawdopodobne przyspieszenie technologiczne sprawia, że staramy się szybciej obronić przed konsekwencjami, których się boimy - pisze w DZIENNIKU Marcin Król, filozof, historyk idei.
O ile liczne, najstarsze nawet dokumenty, świadczą o tym, że ludzie zawsze znajdowali upodobanie w przyrodzie, opisywali ją w poezji, odnajdowali w niej źródło porównań i przenośni bardzo często odnoszonych do takich uczuć jak przyjaźń czy miłość, o tyle nie ma żadnych dowodów na to, by troszczyli się o przyrodę czy o tak zwane środowisko naturalne. Z kilku powodów nie przychodziło im to nawet do głowy.

Już pierwsze wielkie imperia - sumeryjskie czy egipskie - powstawały wokół wielkich rzek, które bezlitośnie wykorzystywano. Wielki uczony, historyk i politolog Karl August Wittfogel określił te państwa wręcz mianem imperiów "hydrotechnicznych", gdyż ich potęga wywodziła się przede wszystkim z tego, że wykorzystanie wielkich rzek w celu rozwijania gospodarki: nawadnianie, spławianie, budowanie zbiorników retencyjnych, wymagało nie tylko pracy dziesiątków tysięcy ludzi, ale także zorganizowania i finansowania tej pracy, z czego wynikała konieczność stworzenia silnego i scentralizowanego aparatu państwowego. Imperia "hydrotechniczne" musiały zatem mieć charakter autorytarny, gdyż tego wymagała chęć zawładnięcia przyrodą.

Wroga przyroda
Dzisiaj wiemy, że wszystkie te zabiegi doprowadziły do powstania terenów pustynnych i zniszczenia środowiska naturalnego w stopniu nieodwracalnym. Ale wtedy - i przez co najmniej dwa następne tysiąclecia - nikt w ten sposób nie rozumował. Przyroda mogła - w wielu religiach - być dziełem Bożym, jednak zmienne okresy intensywnej i ekstensywnej gospodarki zmuszały do traktowania jej jako raczej przeszkody niż wartości. Gospodarka sumeryjska i egipska musiały szukać miejsca pod uprawę, gdyż brakowało żywności.

I tak od początku dziejów przyroda była przede wszystkim źródłem pożywienia, a nad ludźmi dominował strach, że tego pożywienia może zabraknąć. Przyroda była bardzo często wrogiem: lasy trzeba było z wielkim trudem karczować pod pola uprawne. Burze, upały i zimna niszczyły płody, a dzikie zwierzęta je czowiekowi wyjadały. Przyroda i jej żywioły budziły więc przede wszystkim strach i wrogość. Zresztą zapanowanie nad siłami przyrody do dzisiaj jest uważane za jedno z największych osiągnięć ludzkości.

W czasach nowożytnych problem wykorzystywania przyrody przez ludzi stał się przedmiotem jednego z najpoważniejszych sporów filozoficznych. Kiedy autorzy tak wybitni jak Tomasz Hobbes, John Locke czy Jan Jakub Rousseau w XVII i XVIII wieku rozważali hipotetyczny stan natury, ich wnioski w znacznej mierze były uzależnione od tego, czy uważali, że przyroda w stanie naturalnym dostarcza ludziom dostatecznie dużo dóbr do zapewnienia bezpiecznego życia (tak sądził Rousseau) i wobec tego ludzie teoretycznie mogliby spędzać czas w sposób idylliczny czy też, że w stanie naturalnym wszystkiego jest za mało, więc ludzie muszą walczyć ze sobą o wszystkie dobra i stąd stan "wojny wszystkich ze wszystkimi" - jak brzmi słynne sformułowanie Tomasza Hobbesa. Przyroda w dalszym ciągu jest traktowana całkowicie instrumentalnie.

Wojna z naturą
Jeżeli sobie wyobrazimy te przepastne puszcze i knieje, łatwo zrozumieć, że drzewa wycinano bez chwili wahania dla celów budowlanych, na opał czy sprzedaż i w ten sposób uzyskiwano przynoszące ludziom chleb pola. Nie można było sobie wyobrazić, że drzewa zabraknie, że taka - jak dzisiaj byśmy powiedzieli - "rabunkowa" wycinka spowoduje za wiele lat powodzie, wiatry i brak tlenu w atmosferze. Ludzie musieli żyć i chcieli zarabiać. Do dzisiaj właściciele wielkich połaci lasów to jedni z najbogatszych ludzi w Europie. Do dzisiaj wciąż lasy się wycina, chociaż zapewnia się przy tym, że zachowana zostanie równowaga dzięki sadzeniu nowych drzew.

Mnie jednak na widok ściętego kilkudziesięcioletniego dębu zawsze jest przykro. Wiem ponadto, że nie doczekam chwili, kiedy na jego miejsce wyrośnie równie wartościowy następca.

Tak więc w okresach intensywnej gospodarki, kiedy to imperia i zwyczajni ludzie musieli jak najwięcej produktów wycisnąć z niewielkich i trudnych do uprawy terenów, jak i w okresach gospodarki ekstensywnej, kiedy to - jak w trakcie marszu Ameryki na zachód - pojawiały się wciąż nowe pastwiska i nowe ziemie pod uprawę, środowisko naturalne było antagonistą człowieka. Wprawdzie już w okresie odrodzenia, a potem na większą skalę w czasach owiecenia, zaczęto traktować urządzanie ogrodów jako wielką przyjemność estetyczną, nie miało to nic wspólnego z ochroną przyrody. Wprawdzie Władysław Jagiełło bronił odstrzału turów i tylko dla siebie zachował ten przywilej, ale wątpliwe, by kierowała nim chęć zachowania tego ginącego gatunku. Raczej wykorzystywał swoją pozycję i tyle.

Lęk przed maszyną
Potem w okresie romantyzmu mamy do czynienia z wielkim i ważnym protestem przeciwko niszczącej sile industrializacji i modernizacji, niszczącej także przyrodę, ale protestującymi mniej kierował wzgląd na środowisko naturalne, a bardziej zwyczajny strach przed maszyną. Polska szlachta obawiała się, że widok i hałas pędzącego pociągu sprawi, że krowy stracą mleko.

Po drugie, protest ten był skierowany przeciwko niszczącej wspólnotę, i według niektrych także moralność, anonimowości wielkich miast, więc był to protest w obronie tego, co lokalne. Rozumiemy i czasem nawet podzielamy obecnie tę argumentację romantyków, ale modernizacja musiała prowadzić do urbanizacji i zabicia wartości związanych z lokalnością. Szacunek do środowiska naturalnego, do przyrody wciąż do tych wartości nie należał.

Pojawił się natomiast inny wątek sporu, który do dzisiaj jest słabo doceniany, a to dlatego, że nie bardzo wiadomo, jak sobie z tym problemem poradzić. Chodziło o obawy dotyczące przeludnienia konkretnych części świata czy też całego świata. Jedna, kiedy w dziewiętnastym wieku pisano o przeludnieniu, nie myślano o tym, co nam dzisiaj spędza sen z powiek, czyli na przykad o dramatycznej ilości śmieci, ale o tym samym, o co troszczono się w imperium sumeryjskim i egipskim, czyli ciągle o tym, czy da się wyżywić wciąż rosnącą liczbę ludzi.

Byt określa świadomość
"Rewolucja" ekologiczna stała się możliwa dopiero stosunkowo niedawno, w latach pięćdziesiątych, kiedy to na skutek nieprawdopodobnych postępów technologicznych okazało się, że nie ma problemu braku żywności, a jest tylko problem jej nadprodukcji. Przypomnijmy, że zaledwie kilka dekad wcześniej, a w niektórych krajach zacofanych, jak w Polsce, jeszcze w latach siedemdziesiątych, przeprowadzano masowo melioracje, które powodowały więcej szkód niż zysków.

I doprowadziły do tego, że Polska jest krajem tak dramatycznie ubogim w wodę. Teraz na tych zmeliorowanych terenach sadzi się lasy i udaje, że wszystko wróci do normy, czyli do "stanu natury". Kiedy jednak ludzkość odkryła, że żywności starczy, a nawet, że jest jej dużo za dużo (tylko nie ma dobrych sposobów na sprawiedliwą dystrybucję), to stało się to dzięki horrendalnym inwestycjom w technologię produkcji żywności i ochrony roślin przed owadami i chorobami.

Zabito miliardy ptaków i drobnych stworzeń żyjących na łąkach, a kalafiory wyhodowane na chemikaliach smakowały tak jak produkty fabryki nawozów azotowych. Wciąż ludzie chcieli mieć więcej, jeść więcej i wreszcie mieć pewność, że nie będzie już głodu (w krajach rozwiniętych). Obecnie niczego nam nie brakuje i nie obawiamy się, że w przewidywalnej przyszłości zabraknie, zaś ceny żywności są sztucznie utrzymywane na stosunkowo wysokim poziomie, chociaż i tak uprawa ziemi praktycznie nigdzie się nie opłaca.

Bojaźń zmusza do myślenia
I teraz właściwie zupełnie nagle zaczęliśmy troszczyć się o środowiska naturalne. Czasem jest to troska szlachetna, spowodowana na przykład tym, że niektóre gatunki zwierząt i roślin mogą zniknąć bezpowrotnie. Jednak w większości przypadków jest to taka sama troska jak niegdyś, obawa przed brakiem żywności, gdyż głównym powodem tego, że problemy ekologiczne i walka o środowisko naturalne w trakcie ostatnich kilku dekad stały się priorytetem na całym Zachodzie, jest po raz kolejny strach.

Boimy się, że wdychamy złe powietrze, że pijemy złą wodę, że dostaniemy raka, chorób systemu oddechowego i serca. Boimy się o nasze dzieci, boimy się - nauczeni doświadczeniem ekspansji technologicznej - że żywność genetycznie modyfikowana stanie się naszym chlebem codziennym, a nie wiadomo, co tego może wyniknąć.

A kiedy idziemy na spacer do lasu, kiedy walczymy o zachowanie mniej nieskażonych (bo nieskażonych już nie ma) terenów, to tylko dlatego, że wiemy, iż mimo niezwykłych postępów cywilizacji, pewnych rzeczy odtworzyć się nie da. Jestem oczywiście za obroną doliny Rospudy, ale nie dlatego w gruncie rzeczy, że mam zamiar tam się przechadzać, ale dlatego, że nie mogę znieść myśli o tym, że dokonuje się działań nieodwracalnych. Przykładem niech będzie fakt, że na początku lat 70. Szwedzi wysadzili w powietrze sztokholmską starówkę, bo była "nienowoczesna", a teraz ronią z tego powodu krokodyle łzy, bo już jej nie stworzą na nowo.

Filozofia strachu

Człowiek jest bardzo prymitywnym stworzeniem, zaś głód i strach są - według wszystkich antropologów - jednymi z kilku naturalnych motywacji ludzkich działań. Nie należy zatem szczególnie szczycić się faktem, że zaczęliśmy dbać o środowisko naturalne, bo zaczęliśmy to robić o co najmniej kilkadziesiąt lat za późno. Naturalnie, trzeba się z tego cieszyć, ale to przede wszystkim strach na przykład przed globalnym ociepleniem, a wobec tego przed powszechnym używaniem klimatyzacji, problemami z energią elektryczną i tak dalej - sprawiają, że wreszcie temat ten jest stawiany poważnie przez polityków i doceniany przez zwyczajnych ludzi.
Jesteśmy w gruncie rzeczy równie prymitywni jak ludzie zamieszkujący imperia "hydrotechniczne" i tylko nieprawdopodobne przyspieszenie technologiczne sprawia, że staramy się szybciej obronić przed konsekwencjami, których się boimy. Ekologia to wielka i potrzebna reakcja na strach i zarazem filozofia strachu.
Marcin Król, filozof i historyk idei, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, redaktor naczelny pisma "Res Publica Nowa", felietonista "Tygodnika Powszechnego", stały współpracownik DZIENNIKA


Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj