Tusk wybrał temat kampanii. Nie będą nim przede wszystkim różnice programowe. Będzie nim proste przekonywanie wyborców, że trzeba przegnać ludzi rządzących dziś Polską, bo są nie tylko nieudolni i pazerni na władzę - to powiedziano już wcześniej - ale zdolni do wszelkiego rodzaju naudużyć.
Donald Tusk nie skorzystał z porównania swojego partyjnego kolegi Pawła Grasia, który dostrzegł w Polsce totalitarny reżim podobny do NRD. Ale duch jego wystąpienia był podobny. Przebijała z niego prosta recepta: trzeba krzyczeć jeszcze głośniej niż lewica - przy tej tematyce nie jest to trudne. A przy okazji zatuszować własne programowe niedostatki i zintegrować bardzo różnorodnych wyborców. Janusz Kaczmarek, choć fetowany przez populistów z LPR i Samoobrony, zrobił strategom Platformy prezent - bez względu na to, czy mówi prawdę, czy nie.
Kaczyński podjął tę rękawicę. Uznał, że najgorszą rzeczą w kampanii byłoby tłumaczenie się z czegokolwiek. Próbował odgrzewać dawne podziały, mówiąc o Polsce solidarnej i liberalnej. Wychwalał dorobek własnego rządu, wprzągł w rydwan kampanii Zytę Gilowską i Zbigniewa Religę. Choć PiS nie zreformował finansów publicznych ani służby zdrowia, to przecież te popularne i kojarzone raczej z politycznym centrum twarze z pewnością poszerzą elektorat.
Ale i premier postawił głównie na prosty mecz: za lub przeciw rewelacjom Kaczmarka. Na odwrócenie wektorów prowadzonej na wyrost kampanii w obronie praworządności. Na przedstawienie własnego ugrupowania jako jedynych sprawiedliwych padających ofiarą broniącego się układu. Wyborcy PiS mają uwierzyć, że twarze Leppera, Giertycha, Tuska i Kwaśniewskiego to elementy tej samej korupcyjnej układanki.
Ta strategia może pozwolić Platformie wygrać, a PiS-owi zostać silną opozycją. Kryją się w niej niebezpieczeństwa. PiS może zyskać na logice plebiscytu: kto wierzy Ziobrze, a kto nie. Ale może też ponieść straty, gdy zeznania Kaczmarka zaczną żyć własnym życiem. A gra o wysoką stawkę - choćby o taką liczbę mandatów, która pozwoli mu podtrzymywać weta prezydenta.
Z kolei PO stanie się profitentem brutalnej wojny, ale zawęzi swoją manewrowość po wyborach. Ze "zbrodniarzami stanu" nie sposób wchodzić w koalicje. Jeśli nie zdobędzie się samodzielnej większości, pozostanie jako partner lewica gotowa do stawiania wygórowanych warunków. To dla partii - a co dla Polski? Bicie rekordów agresji powiązane z wielkimi wydatkami wyborczymi jest skuteczną metodą na zbieranie głosów.
Tyle że już 2005 rok pokazał: w Polsce wyborcze epitety nie są czystym rytuałem. Potrafią zatruć życie publiczne na długie lata. Jeśli ta temperatura się utrzyma, Tusk i Kaczyński będą liderami nie tylko niezdolnymi do wspólnego rządzenia. Będą ludźmi, którzy nigdy nie usiądą do wspólnego stołu. A w dojrzałych demokracjach przychodzi taki czas, że lider partii rządzącej musi porozmawiać z liderem opozycji. Ten rodzaj kultury politycznej, który utrwala się u nas, uczyni takie rozmowy niepodobieństwem.