Dlaczego zatem sądy w Polsce działają w tak beznadziejny sposób? Nie oceniam jakości decyzji, lecz czas ich podejmowania oraz liczbę spraw, które są kierowane do ponownego rozpatrzenia.
Reklama
Sędziowie naturalnie powiedzą natychmiast, że mają za mało pieniędzy. Nie wiem, może sądy nie są dostatecznie wyposażone, ale pobory sędziów są znakomite. Sędzia wyższego stopnia zarabia ponad 10 tysięcy, czyli dwa razy tyle, ile otrzymuje profesor zwyczajny i tytularny. Więcej niż prokuratorzy, mniej więcej tyle, ile niedopłacani posłowie i senatorzy. Ten argument zatem odpada mimo licznych utyskiwań, ale kto by nie chciał więcej zarabiać?
Miałem ostatnio do czynienia ze sprawami dwóch małych fundacji. Otóż odpowiednie sądy rejestrujące i potem uzupełniające rejestry działają tak, jakby zsyłano tam najgorszych sędziów (pewnie rzeczywiście tak jest), bo albo bez końca czepiają się nie wiadomo czego, albo – drugi przypadek – po podjęciu decyzji pozytywnej już dwa miesiące czekamy na odpowiednie pismo z sądu. To jest nie do pojęcia. Nie do pojęcia jest też tempo prowadzenia spraw karnych lub cywilnych, czasem zupełnie banalnych, kiedy to np. wszyscy zgadzają się na sądowe ustanowienie własności i decyzja powinna zapaść po dziesięciu minutach.
W praktyce obywatele nie realizują swobodnie nakazów czy wezwań sądowych, wystarczy byle zaświadczenie lekarskie albo można najzwyczajniej nie przyjść na wezwanie sądu. Co pewien czas sąd się wścieknie i wtedy zleca doprowadzenie inkryminowanego policji, która o szóstej rano go skuwa i wlecze do sądu. Wtedy wszyscy protestują i oburzają się, ale nie oburzają się na niewiarygodnie długie trwanie procesu sądowego. To adwokat chory, to świadek nie przyszedł, to sąd wyjechał na wakacje i natychmiast następuje przełożenie sprawy o trzy miesiące.
Otóż, zadaniem państwa jest przede wszystkim zapewnienie obywatelom bezpieczeństwa oraz tych usług, których nikt inny nie może wykonać. Nie ma prywatnej armii i nie może być prywatnych sądów. Państwo ponosi całkowitą odpowiedzialność za te kilka sfer życia społecznego. Nie mam aż tak licznych zastrzeżeń do obecnej władzy, doceniam budowę dróg, zmiany w samorządach czy rozpęd prywatyzacyjny. Ale nie mogę pojąć, dlaczego sprawa sądownictwa przedstawia się tak rozpaczliwie.
Rozumiem, że po 1989 r. trudno było wyrzucić wszystkich sędziów, którzy pracowali za komuny, zresztą wielu z nich było przyzwoitymi ludźmi i dobrze wykonywało swój fach. Jednak ewolucyjne przemiany były konieczne, a nie są realizowane. Dlaczego? I tu pojawia się bardzo poważny problem korporacyjnych struktur w sferach, których nadzorowanie jest w gestii państwa. Mam wielkie wątpliwości, czy te struktury, zarówno sędziowskie, jak i prokuratorskie, są dopuszczalne i czy ich działanie nie jest potencjalnie działaniem na szkodę państwa, czyli na szkodę nas wszystkich jako obywateli.
Nawet tak tradycyjnie autonomiczne – i słusznie – środowisko, jak akademie, politechniki i uniwersytety, podlega regulacjom ministerialnym, nawet konstytucyjnym czy innych instytucji. Korporacyjne organizacje profesorów naturalnie istnieją, ale ich wpływ jest ograniczony wyłącznie do doradzania, jeżeli ktoś chce rad słuchać. Nie mają żadnej władzy wykonawczej ani nawet blokującej. A organizacje sędziów czy prokuratorów mogą blokować decyzje odgórne, a co najmniej muszą je akceptować. Czy nie jest to dziwaczne? Wszystko to zaś dzieje się w wyniku złego, bo bardzo rozszerzającego rozumienia niezależności sądu czy prokuratury. Owszem, niezależność tak, ale nie mitologizujmy jej. Nikt nie kwestionuje nie tyle wyroków sądowych, bo skoro jest wolność słowa, to można je omawiać, ile prawa sądu do wydawania wyroków dowolnych, byleby zgodnych z prawem. Ale w tym momencie niezależność sądów się kończy. Sąd, który przeciąga sprawę ponad wszelkie terminy, kompromituje nie tylko siebie, lecz także państwo i dlatego nie można na to pozwolić.