Dziennik Gazeta Prawana logo
Zamiast ograniczyć ryzyko, rekomendacja T Komisji Nadzoru Finansowego po prostu skierowała je gdzie indziej. Zupełnie jakbyśmy zatkali jedną dziurę w rurze, żeby za chwilę się przekonać, iż woda cieknie w innym miejscu - pisze Łukasz Wilkowicz.

Czy to, że instytucjom finansowym udaje się obejść zapisy rekomendacji T, to w ogóle problem? Przecież klienci mają niemal taki sam dostęp do zakupów na raty czy do pożyczek gotówkowych, jaki był w latach przedkryzysowego rozkwitu konsumpcji w Polsce. A jeśli firma pożyczkowa chce wziąć na siebie dodatkowe ryzyko, to tylko na własny koszt (parabanki grup międzynarodowych nie chciały podzielić się z nami informacjami na temat tego, skąd biorą pieniądze na pożyczki, ale najbardziej prawdopodobne jest, że bezpośrednio od zagranicznych właścicieli).

Niestety to jednak jest problem.

Żeby uświadomić sobie, na ile poważny, wystarczy sobie przypomnieć, jak skończył się poprzedni boom kredytowy. Ano tak, że co piąty (biorąc pod uwagę ich łączną wartość, a nie liczbę) kredyt konsumpcyjny był zakwalifikowany przez banki do kategorii „należności zagrożone”.

Wzięło się to m.in. stąd, że kredyt mógł dostać niemal każdy. Bankowcom wprawdzie wydawało się, że panują nad ryzykiem, ale gdy wyszło na jaw, że nie brakuje osób, które miały po dziesięć kredytów w różnych bankach (część szła na spłacanie poprzedniego zadłużenia), zrzedły im miny. A dowiadywali się po czasie, m.in. dlatego, że nie wszystkie banki przekazywały informacje o swoich klientach do ogólnobankowych baz danych.

Teraz pod względem wymiany informacji jest podobnie. Podmioty niebędące bankami nie mogą – nawet gdyby chciały – przekazywać ani korzystać z danych o klientach znajdujących się w Biurze Informacji Kredytowej. Efekt? Instytucje finansowe – zarówno parabanki, jak i banki – nie mają pełnej wiedzy o tym, co się dzieje z ich klientami (obecnymi albo tymi, którzy chcieliby nimi zostać). Nie są więc w stanie odpowiednio ocenić – i wycenić – ryzyka.

I to właśnie ten mechanizm powinien przekonać Komisję Nadzoru Finansowego do rozluźnienia krępującego banki gorsetu znanego jako rekomendacja T. Zamiast ograniczyć ryzyko w sektorze, rekomendacja po prostu skierowała je gdzie indziej. Zupełnie jakbyśmy zatkali jedną dziurę w rurze, żeby za chwilę się przekonać, iż woda cieknie w innym miejscu.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Łukasz Wilkowicz
Łukasz Wilkowicz
Zastępca redaktora naczelnego DGP. Pisze głównie o finansach, chętniej o fuzjach i wynikach banków niż o oprocentowaniu depozytów i kredytów. Drugi ulubiony temat: makroekonomia.
Zobacz wszystkie artykuły tego autoraOmijanie rekomendacji nadzoru to pozorna korzyść »
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj