Ona zapytała, czy nasz pierworodny chociaż oddał Pawełkowi, ja – czy wygrał. Okazało się, że młody pokłócił się z kolegą o książeczkę z naklejkami i faktycznie wdał się w szarpaninę. Wprost nie posiadaliśmy się z radości, że tym razem nie poprzestał na mazaniu się, tylko wziął sprawy w swoje ręce (i to dosłownie). Do tej pory bowiem unikał rozwiązań siłowych równie skutecznie i uparcie jak nasza redakcyjna korekta pisania nazw samochodów z dużej litery (ma na to swoje argumenty i teorię: coś z pogranicza fizyki kwantowej i neuropsychoanalizy). W każdej konfliktowej sytuacji najpierw próbował używać perswazji słownej, później płakał, następnie uciekał, a na końcu popuszczał w gacie. Dlatego jestem cholernie dumny, że wreszcie komuś przyłożył w obronie swoich interesów.
Wiem, że duża część z Was ma teraz ochotę zadzwonić po kuratora, na policję, założyć nam niebieską kartę, spalić dom, a nasze dzieci wysłać do poprawczaka. I to działającego przy seminarium. Bo jesteście pacyfistami. Obejrzeliście tyle wojennych dokumentów na Discovery Historia, tyle razy spuszczono wam łomot w liceum i tyle mądrych słów usłyszeliście o tym, że kluczem do rozwiązania problemów jest rozmowa, że zaczęliście brzydzić się przemocą. Święcie wierzycie, że wszystkie konflikty – te na podwórku, w domu, szkole, pracy, łóżku i w Syrii – da się rozwiązać bez użycia siły. Że wystarczy do tego tylko parę grzecznych, dyplomatycznych słów z „przepraszam” na czele, bukiet tulipanów, serdeczny uścisk dłoni, ciepłe spojrzenie, a to wszystko okraszone jointem załadowanym jakimś dobrym towarem. Przykro mi, ale muszę was rozczarować – nie wystarczy. Głównie dlatego, że większość ludzi nie pali jointów.
Albo zrozumiemy, po co Bóg stworzył nasze dłonie w taki sposób, że w ciągu 0,00001 sekundy są w stanie w naturalny sposób ułożyć się w pięści, albo wkrótce za każdym razem, gdy będziemy chcieli podlać paprotkę, ona będzie urządzała nam manto. Nie chciałbym zostać źle zrozumiany – nie nawołuję do bezcelowej przemocy, bicia i poniżania słabszych. Chodzi mi tylko o to, byście przestali wmawiać sobie i swoim dzieciom, że bójki to coś, czym powinniśmy się brzydzić. Oczywiście nie możecie namawiać ich, aby chodzili po szkolnym korytarzu z kastetem i lali wszystkich po mordach jak Jason Statham w „Adrenalinie”. Ale dzieci muszą zdawać sobie sprawę, że bronienie swoich racji, dobytku, wartości, przekonań, bliskich, a nawet książeczki z naklejkami czasami wymaga użycia siły. Że nie ma w tym nic złego. Że często to konieczność. I że dobrze być na to przygotowanym. Dlatego wczoraj zdecydowaliśmy, że nasz syn będzie chodził na zajęcia karate w przedszkolu. A Pawełek ponoć nie...
Reklama
Zwróćcie uwagę, że cały świat od miliardów lat uporządkowany jest według kryterium siły. Zasady są proste: kto spuszcza największy łomot, ten rządzi stadem, gniazdem, lasem, pustynią, górą, jaskinią etc. Może się nam wydawać, że ludzie trochę się z tego schematu wyrwali, bo przecież nie palimy już wiosek sąsiadów i nie nabijamy ich rodzin na pale. Ale w rzeczywistości nadal toczymy walki, tyle że na zupełnie innym, znacznie bardziej cywilizowanym poziomie – gospodarczym i technologicznym. Dziś zwycięża ten, kto najwięcej wyprodukuje, sprzeda, ma najzdolniejszych speców od IT, najwydajniejsze procesory, może pochwalić się najwyższym PKB per capita, najlepiej rozwiniętym przemysłem etc. Komputery, telefony, telewizory, ekspresy do kawy, lodówki, zegarki – prężenie muskułów odbywa się na każdym polu. Najwidoczniejsze jest jednak w branży motoryzacyjnej.
Czy wyobrażacie sobie, aby Audi wypuściło nowy sportowy model i oznajmiło światu, że ma on pod maską mniej koni mechanicznych niż poprzednik? Równie dobrze prezes marki Rupert Stadler mógłby publicznie oświadczyć, że skrócił sobie penisa, bo wydawał mu się on nieco za długi. Prawda jest taka, że moc, prędkość maksymalna i przeciążenia podczas przyspieszania z generacji na generację muszą rosnąć. Przykłady na to można mnożyć, ale pozwólcie, że wymienię tylko jeden – BMW M3. Model z 2006 r. miał 343 konie i setkę osiągał po 5,2 sekundy. Wersja z tego roku ma 431 koni, a pierwsze 100 km/h pojawia się na prędkościomierzu po 4,1 sekundy. W zaledwie dekadę autu dodano prawie 100 koni i urwano mu jedną sekundę z przyspieszenia. Identycznie robią w Mercedesie, Audi, Lexusie, Porsche itd. Bo wszyscy wiedzą, że moc dla samochodu jest tym, czym grzywa dla lwa albo lotniskowiec USS Nimitz dla armii Stanów Zjednoczonych – to atrybut władzy i siły, który ma budzić szacunek i podziw.
Wiedzą o tym już nawet w Volvo – marce specjalizującej się w produkcji samochodów dla wielodzietnych rodzin urologów. Gdy zapytacie kogoś przypadkowego, nieznającego się zbytnio na samochodach, o to, jakie jego zdaniem jest volvo, odpowie Wam, że bezpieczne, duże i z dieslem. I że ma najwyżej 15 koni mechanicznych. Jak zatem wytłumaczyć mu fakt istnienia czegoś takiego jak S60 Polestar z niemal 370 rumakami na pokładzie? Jak w słynącej z pacyfizmu Szwecji mogło powstać tak niedorzecznie silne rodzinne auto? Wydaje mi się, że powód jest prosty. Jakaś szycha z Volvo obudziła się pewnego ranka w swoim ogrzewanym energią słoneczną domku wykonanym z modrzewia i doszła do wniosku, że przydałoby się zrobić coś szalonego. Zadzwoniła do firmy i wydała rozkaz: pokażcie Szwabom, że my też mamy cojones i potrafimy się bić.
Inżynierowie firmy natychmiast przystąpili do dzieła. Napakowali zaledwie czterocylindrowy, dwulitrowy silniczek modelu S60 odżywkami białkowymi i sterydami, utwardzili jego zawieszenie, a układ kierowniczy uczynili nieco ostrzejszym. Na karoserię nałożyli kilka dodatków, dzięki którym wygląda na umięśnioną, zaś cały układ wydechowy przebudowali w taki sposób, by przy każdym mocniejszym wciśnięciu gazu krzyczał: „Spójrzcie na mnie! Teraz mam was tam, gdzie proktolog trzyma swój palec!”.
Efekt takiego podejścia do sprawy jest naprawdę spektakularny. Wygląda to trochę tak, jakby szkolny kujon w szarym sweterku, zawsze siedzący sam w ostatniej ławce, pewnego dnia został przyłapany na zabawianiu się z nauczycielką na klasowym biurku. Dokładnie takie jest S60 Polestar. Spodziewacie się grzecznego sedana o usposobieniu martwego labradora, a dostajecie zwariowanego, nadpobudliwego border colie, który uwielbia ganiać własny ogon, kopie dziury, przeskakuje ogrodzenia, szczeka na sąsiada i ostentacyjnie obsikuje mu tuje.
Polestar sprawia wrażenie bardzo lekkiego i cholernie zwinnego, ma napęd na cztery koła, nie wykazuje żadnej tendencji do podsterowności, a jego nowa ośmiobiegowa skrzynia jest po prostu wyśmienita. Na początku obawiałem się, że czterocylindrowy motor zupełnie nie będzie tu pasował, ale okazało się, że w połączeniu ze sportowym tłumikiem brzmi niemal równie soczyście jak wycofana z produkcji jednostka sześciocylindrowa. Do pełni szczęścia zabrakło mi jedynie nieco mniejszego wspomagania układu kierowniczego i ciut obniżonego zawieszenia.
Oczywiście nie możecie podchodzić do tego samochodu jak do M3, RS4 czy C63 AMG. To wciąż inna kategoria cenowa (Polestar pozostaje tańszy o ponad 100 tys. zł) i wagowa (na torze ta trójca starłaby volvo w pył). Niemniej Szwedzi odważyli się spróbować swoich sił na tym samym ringu, co Niemcy. Poważnego ciosu nie są w stanie zadać, ale środkowy palec im pokazali. A to świadczy o tym, że mają w spodniach więcej, niż mi się wydawało. Podobnie jak mój syn. ⒸⓅ