– powinien wówczas zaintonować grecki chór, który w mej wyobraźni towarzyszy tej scenie. –
– mógłby ciągnąć ów wyobrażony przeze mnie chór, przytrzymując targane kalifornijskim wiatrem chitony. –
– zapytałby policjant. –
– dramatycznie uciszyłby go chór.
Dyskretny urok spisku
Nie ma chyba takiego zwolennika tezy o zamachu w Smoleńsku, który nie byłby głęboko rozczarowany dotychczasowymi wynikami prac podkomisji mającej owej tezy dowieść. Mijają miesiące, ekshumowane są ciała ofiar, zapowiadane są nowe rewelacje – i wciąż nie zobaczyliśmy żadnych dowodów na wybuchy na pokładzie, a tym bardziej sensownych argumentów na rzecz spisku Tuska z Putinem. Ludzie wyjątkowo pokorni wobec wolt rzeczywistości mogą być może wciąż, w imię źle pojętej naukowej rzetelności, zakładać choćby nikłą możliwość sukcesu podkomisji – ale zdecydowana większość pierwotnych wyznawców Antoniego Macierewicza byłaby usprawiedliwiona, gdyby dziś porzuciła hipotezę o zamachu na rzecz hipotezy o ogólnym bałaganie. Oprócz jałowości prac komisji pojawiają się ku temu coraz to inne przesłanki – ważny tekst Zbigniewa Parafianowicza z DGP o tupolewizmie opisał polską niekompetencję w organizowaniu podróży naszych władz jako rodzaj endemicznej choroby państwa, a jego tezy zdają się potwierdzać kolejne wypadki komunikacyjne, w których ostatnio bierze udział rząd PiS. Nawet oskarżenie rosyjskich kontrolerów lotu sprzed kilku dni, mimo że logicznie niesprzeczne z tezą o zamachu, musi przecież wyglądać w oczach dotychczasowych wiernych jak zamachowa kapitulacja. Bo kto oskarża płotki, gdy ma w garści grube ryby? A zwłaszcza płotki, które wyraźnie sugerowały – wszyscy to słyszeliśmy – by lecieć na zapasowe lotnisko?
Tymczasem teza o zamachu ma się, o dziwo, świetnie. Nadal głosi ją PiS-owski mainstream: Prokuratura Krajowa zapewnia, że zamach i źli kontrolerzy mogą ze sobą pokojowo współistnieć; Macierewicz w TV Republika dodaje: jedno się tak naprawdę z drugim wiąże, kontrolerzy pewnie specjalnie sprowadzili samolot tak nisko, by jak najlepiej ukryć zaplanowane wybuchy, które wysoko w górze byłyby przecież zbyt dobrze widoczne. A w najciemniejszych zakamarkach prawicowych podziemi zamach, zamiast zamierać, po prostu uniezależnia się od niesprawnej komisji; jej impotencja nie jest w najmniejszym stopniu dowodem przeciwko zamachowi, ale... kolejnym zamachem na prawdę o zamachu. Publicysta Piotr Skwieciński na portalu wPolityce zdał ostatnio sprawę z lektury „Gazety Warszawskiej”, gdzie „ekspert ws. katastrofy smoleńskiej”, niejaki Leszek Misiak, oskarża Jarosława Kaczyńskiego o ukrywanie zdobytych już dowodów na zamach i sugeruje, że i PiS, poprzez krycie sprawców, już stał się częścią spisku, który doprowadził do śmierci prezydenta RP. A czyj to spisek? Otóż – tu, uwaga, powiew świeżości – jest to spisek międzynarodowych sił Zachodu, które zamordowały pasażerów tupolewa, by storpedować reset stosunków z Rosją, którego chciał wówczas Obama. Czyli: spisek Putina, spisek z Putinem, a może spisek przeciwko Putinowi – wszystko jedno – ale jakiś spisek musi być i kropka.
Można szukać przyczyn, dla których Antoni Macierewicz wciąż trzyma się tezy o zamachu. Kalkulacja polityczna? Szaleństwo? Jakaś tajemna wiedza?...