Diagnoza niemieckiego prezydenta, choć w dużej części trafna, pozostaje niepełna. Czy grono podejrzanych o organizację międzynarodowego spisku przeciw rozsądkowi w życiu publicznym nie powinno być znacznie szersze? Czy poza użytkownikami Twittera czy Facebooka nie należy do niego zaliczyć też samych polityków? Przynajmniej tych, którzy wśród wyborców rozniecają wielkie emocje, niedające się później opanować. Albo tych, którzy chcąc wygrać dla siebie kolejną kadencję, gotowi są zaryzykować przyszłość własnego kraju i następnych pokoleń.

Emocje zawsze były częścią polityki i nikt nie mógłby rządzić, odwołując się tylko do racjonalnych argumentów i rozsądku współobywateli. Teraz jednak politycy mają nowe narzędzia, by ekscytować, oburzać i zarządzać uczuciami wyborców. Korzystają z tego, że mamy krótką pamięć, nie jesteśmy w stanie przetworzyć docierających do nas gigabajtów informacji, dzięki czemu można szybko wprowadzić nas w stan emocjonalny, który jest aktualnie pożądany. Mając do wyboru jako suwerena ciemny lud lub oświeconych obywateli, politycy raczej opowiedzą się za tą pierwszą opcją.