Jaki scenariusz rozwoju protestu nauczycieli wydaje się dziś panu najbardziej prawdopodobny?

Początek przyszłego tygodnia będzie nie tylko początkiem strajku, lecz także sondażem, który zmieni proporcje sił w negocjacjach. Mamy teraz do czynienia z klasyczną sytuacją w proteście społecznym: obie strony deklarują absolutną pewność siebie i determinację. Jedna bada opinię publiczną i różne segmenty wyborców, druga – skalę mobilizacji struktur związkowych. Kluczowy będzie wynik walki w przestrzeni medialnej. Czy wygrają ją ci, którzy powiedzą, że strajk był wielki i będzie się rozszerzał, czy też ci, którzy stwierdzą, że tak naprawdę protestowała tylko mniejszość próbująca narzucić swoją wolę większości? Na przykład w ubiegłorocznym proteście francuskich nauczycieli, do którego notabene doszło na cztery dni przed wyjściem na ulice "żółtych kamizelek", wyliczenia związkowców i rządu co do zasięgu akcji były bardzo różne. Mówiąc krótko, przewagę uzyska więc ten, którego siła oddziaływania na opinię publiczną poprzez media będzie większa. Niestety żyjemy w takim świecie, że może to być ważniejsze niż realna skala protestu. Potem nastąpi dalsza część negocjacji, do których strony przystąpią już w nowym układzie sił albo pat będzie trwał, dopóki nie nastąpi – z powodu innego niż egzaminy – jakaś zmiana postaw opinii publicznej. Myślę, że to dość uniwersalny scenariusz, który spełni się i u nas. Pytanie, czy strony sporu okażą się na tyle dojrzałe, aby uznać, że prawdziwym zwycięzcą jest się wtedy, kiedy zostawia się sobie możliwość działania na przyszłość i daje się drugiej stronie wyjść z sytuacji z twarzą. Czy będą potrafiły ukazać finał jako pewnego rodzaju kompromis, nawet jeśli będzie on nierównoprawny i faktycznie tylko jedna strona ugrała to, co chciała ugrać. O to można mieć w obecnej sytuacji politycznej duże obawy.

Wspomniał pan o Francji. Czy tak jak tam protest oświatowy może u nas pociągnąć za sobą kolejne?

Nauczyciele niezbyt mają kogo za sobą pociągnąć. W sektorze przemysłowym na strajki się nie zanosi, bo raz, że jest on dziś dosyć zadowolony z polityki rządu, dwa – pozostaje bardzo podzielony. W prywatnych zakładach związki zawodowe są przecież bardzo rachityczne. Mieliśmy niedawno przykłady protestów dobrze zorganizowanych grup o wysokim poziomie kompetencji, takich jak np. służby mundurowe. Inne, tak jak urzędnicy, też już sygnalizowały swoje problemy, ale nie widać, aby miały zrobić znaczący krok dalej. Mogę sobie wyobrazić protesty innych grup, ale nie sądzę, aby były równie ważne, spektakularne i kłopotliwe dla rządzących jak protest central nauczycielskich.

Jan Guz, szef OPZZ, mówił niedawno w rozmowie z OKO.press, że trwają rozmowy na temat przyłączenia się do strajku nauczycieli kolejnych grup zawodowych. Mowa była m.in. o fizjoterapeutach i innych pracownikach ochrony zdrowia, ale również o branży taksówkarskiej.

Mamy wiosnę podwójnie przedwyborczą, więc takie głosy nie powinny nikogo dziwić. Siła innych organizacji jest jednak mniejsza niż związków nauczycielskich, które nie tylko tworzą najprawdopodobniej największą grupę branżową w Polsce, lecz także są specyficznie usytuowane w życiu publicznym. Świat nauczycieli na niwie związkowej zawsze mieścił się gdzieś w przestrzeni między zwykłymi związkami robotniczo-przemysłowymi a profesjonalnymi organizacjami urzędników. Pracownicy oświaty pod względem politycznym tworzą też prawdopodobnie jedyną wielką grupę wśród pracowników najemnych, której nie jest zdecydowanie bliżej do PiS. Społeczny rezonans protestów innych, bardziej niszowych grup byłby dużo słabszy i często nie wykraczałby poza wydawane przez nie biuletyny, strony internetowe czy lokalną prasę. Wreszcie – ewentualne ustępstwa ze strony rządu na ich rzecz byłyby nieporównywalnie mniej kosztowne. Zupełnie czymś innym jest natomiast kwestia taksówkarzy. Moim zdaniem to bomba zegarowa tykająca pod ministerialnymi gabinetami. W tle jest bowiem problem Ubera i lobbingu na rzecz amerykańskiego biznesu ze strony Waszyngtonu, czego o wiele słabszy kraj sojuszniczy nie może lekceważyć. Rząd jest tu więc między młotem a kowadłem. Nawet biorąc pod uwagę to, że protesty taksówkarzy cieszyłyby się dużo mniejszą sympatią wśród obywateli niż strajk nauczycieli, to dla PiS wybrnięcie z nich mogłoby być bardzo skomplikowane od strony stricte politycznej. Rząd ma w tym przypadku nieporównywalnie bardziej ograniczoną swobodę ruchu niż np. Francuzi z ich potencjałem gospodarczym i siłą polityczną, którzy doprowadzili do poważnych ograniczeń dla zderegulowanych usług. A przyczyniły się do tego właśnie znaczące protesty taksówkarzy.