Przed wyborami w obozie Zjednoczonej Prawicy (ZP)mówiono o wewnętrznych tarciach i nieuchronnym procesie zmian. Optymistyczne scenariusze zakładały minimalne zwycięstwo nad Koalicją Europejską, pesymistyczne – porażkę, oddanie władzy jesienią i dekompozycję obozu władzy.

Już po ogłoszeniu wyników wyborów widać było, że nawet politykom ZP trudno było w nie uwierzyć. To najlepszy wynik PiS w historii, który scalił na nowo obóz władzy – i dziś nikt już nie mówi o wewnętrznych podziałach. Okazało się, że nie trzeba mieć oszałamiających efektów rządzenia, by wygrać. Wystarczą transfery socjalne i obrona tożsamości. Od czasu wyborów nasiliła się narracja, że głosy białych kołnierzyków nie są aż tak potrzebne, by zwyciężyć.

Nie tryska pan optymizmem, wypowiadając te słowa.

Sam nieświadomie przypisuję politykom nie tyle ambicje posiadania władzy dla niej samej, co chęć rządzenia, odciśnięcia swojego śladu na rzeczywistości. To właśnie za to w wyborach powinien nagradzać demos. Powinien głosować na tych, którzy dobrze rządzą. Taki jest sens demokracji. Ale takie podejście do rządzących to mit.

PiS akurat wyjątkowo mocno odciska swój ślad na rzeczywistości. Przecież realizuje polityczne obietnice.

Wielu wyborców rzeczywiście ceni PiS za to, że dotrzymuje słowa. Sympatycy nie stawiają pytań o to, czy transfery socjalne można było zorganizować w lepszy sposób i czy nie jest za wcześnie na konsumowanie owoców sukcesu, bo ciągle stoi przed nami wiele wyzwań. Efekty tej polityki są bezpośrednio odczuwalne. Ludzie dostają świadczenie do ręki i wiedzą, komu to zawdzięczają. Stąd taka popularność PiS na tle opozycji, która właściwie nie wiadomo jaki ma stosunek do transferów socjalnych. Jednego dnia krytykuje te świadczenia, by już następnego przystąpić do licytacji z rządzącymi.

Ludzie wiedzą, komu zawdzięczają świadczenia. Stąd taka popularność PiS na tle opozycji, która właściwie nie wiadomo, jaki ma stosunek do transferów socjalnych. Jednego dnia krytykuje je, by następnego przystąpić do licytacji z rządzącymi

Badania społeczne pokazują, że Polacy sprzeciwiają się ingerencji Kościoła w politykę i ich życie prywatne. Co się takiego wydarzyło, że broniąc twardo tradycyjnych wartości, Zjednoczona Prawica w tak zmieniających się okolicznościach rozbiła polityczny bank?

To kolejny aspekt tych wyborów, który uczy mnie pokory. Film Sekielskich bezsprzecznie wywołał wstrząs społeczny i na kilka dobrych dni zdominował kampanię wyborczą. I co się ostatecznie okazało? Że choć emocje społeczne były po stronie ofiar i wielu ludzi krytycznie oceniło postawę kleru, to jednak poparli obóz odwołujący się do nauczania Kościoła. Wygląda na to, że jako społeczeństwo możemy krytycznie oceniać działanie instytucji czy księży, a nawet coraz rzadziej chodzić na msze, ale ciągle uznajemy Kościół za naturalny element życia publicznego. Dlatego w kontekście wyniku wyborczego jednym z czynników mógł być zorganizowany już w czasie ciszy wyborczej Marsz Równości w Gdańsku.

Przecież to wydarzenie, w którym wzięło udział ledwie kilka tysięcy osób.

Na pierwszy rzut oka rzeczywiście epizodyczne. Spójrzmy jednak na jego zasięgi w sieci – informacje na temat marszu przyciągnęły uwagę blisko 8 mln osób, i to w kluczowym dniu wyborów. Do tego sprawę konsekwentnie nagłaśniały media publiczne, z właściwą sobie jednoznacznością. Profanacja, która miała miejsce w trakcie marszu, wywołała negatywne emocje. Nawet Aleksandra Dulkiewicz, prezydent Gdańska, choć objęła marsz patronatem, ostatecznie odcięła się od organizatorów. Być może w niedalekiej przyszłości progresywna lewica będzie w stanie wygrać w Polsce wybory, ale na razie w tej wojnie kulturowej to środowiska bezpardonowo atakujące Kościół uchodzą za radykałów. PiS wygrał te wybory, bo umiał zagospodarować emocje środka, najlepiej wyrażał coś, co można uznać za obowiązującą dziś społeczną normalność. I to jest chyba równie wielki sukces tej partii, co wynik wyborczy. PiS przestał być formacją radykalną, a stał się partią centrum.

Strach przed ajatollahem przestał działać?

Te słowa Donalda Tuska potwierdziły tylko, jak ten znany z dobrego słuchu społecznego polityk rozmija się z dominującymi nastrojami społecznymi. W kontekście zmian światopoglądowych interesujące jest również zdjęcie Tuska z kampanii z 2005 r. zrobione w jego domu. Przyszły premier pozuje na nim z rodziną, a w tle, na sekretarzyku, znajdują się chyba wszelkiego rodzaju dewocjonalia. Ten obrazek przypomina nam, że jeszcze 15 lat temu polityk obozu liberalnego chciał w kampanii wyborczej prezentować się jako konserwatysta. Dziś Koalicja Europejska szła do wyborów z hasłami Janusza Palikota sprzed 10 lat. Nie kwestionuję zmian społecznych oraz postępującej liberalizacji. Nie postępuje ona jednak tak szybko, jak zmieniła się narracja PO. Wystąpienie Jażdżewskiego mogło przysporzyć Tuskowi sympatii w elektoracie Biedronia, ale nie pozwoliło mu wygrać bitwy o centrum.

Tusk potrafi jednak rozbudzić emocje wśród swoich zwolenników i wciąż nie wiemy ostatecznie, jaki efekt polityczny może wywołać jego powrót.