Durczok: Debata skierowana do już przekonanych
Kamil Durczok, szef "Faktów" TVN: Debata Kaczyński-Kwaśniewski była ciekawa, ale podobnie jak cała dzisiejsza polityka: atrakcyjnie opakowana, a w środku niewiele. Najbardziej uderzyło mnie to, że obydwaj panowie mówili do swoich elektoratów.
To zdumiewiające, bo mieli przecież szasne skorzystać pewnie z kilkumilionowej widowni siedzącej przed telewizorami. Fakt, że tego nie wykorzystali, uważam za kardynalny błąd.
Rozmowa zakończyła się remisem ze wskazaniem na premiera. Początek należał do prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. To on pierwszy złamał konwencję i zaatakował swojego rozmówcę.
Wizerunek byłego prezydenta, który znamy: miły, ugrzeczniony, koncyliacyjny został przez niego samego złamany. To, że zdobył się na personalny, bezpośredni atak jest jego sporym osiągnięciem. Trzeba mu to zaliczyć na plus. Potem atmosfera trochę osłabła i momentami było nudno.
Mniej więcej w połowie wyraźnie inicjatywę przejął Jarosław Kaczyński. Widać było, że nabrał wiatru w żagle. Najwyższa temperatura i najbardziej wyraźna przewaga premiera była w części dotyczącej spraw wewnętrznych. W kwestii stosunków zagranicznych chyba jednak trochę lepszy, swobodniejszy, był prezydent Kwaśniewski.
Rolicki: Ja tam zwycięzcy nie widziałem
Janusz Rolicki, publicysta "Faktu": Debata pomiędzy szefami PiS i LiD była, jak dotąd, najbardziej spektakularnym wydarzeniem kampanii wyborczej. Trudno powiedzieć, kto ją wygrał. Jak zwykle decyduje punkt siedzenia. Zwolennicy premiera i eksprezydenta pozostaną więc przy swoim zdaniu.
Nie o nich jednak chodziło. Szło o dusze niezdecydowanych widzów. Ci, którzy sądzili, że tak zwany Morda, czyli bohater z Kijowa, rozniesie adwersarza w puch przeliczyli się; dotyczy to także zapiekłych zwolenników tzw. Kaczora. Premier nie był tak skuteczny, jak sądzono. Podobnie było po debacie Nixona z Kennedym 47 lat temu i Kwaśniewskiego z Wałęsą 12 lat temu. Wszystko w myśl zasady, że każda pliszka swój ogonek chwali.
Kwaśniewski był zaskakująco mało przekonujący. Nawet w sprawie polityki zagranicznej nie potrafił wykorzystać posiadanych argumentów. Natomiast premier sprawiał wrażenie człowieka bardziej rozluźnionego. W sumie jednak dzięki debacie odbiliśmy się od dna walki na spoty reklamowe i wiemy więcej o politycznych zamierzeniach rywali, z których żaden, moim zdaniem, nie zdobył palmy pierwszeństwa.
Co będzie dalej? Czekają nas dalsze dyskusje kreatorów polityki. Tak więc do debat, wbrew pierwotnym zamierzeniom premiera, dołączy z pewnością Donald Tusk, a także pomniejsi liderzy.
Lis: Kaczyński pokonał Kwaśniewskiego
Tomasz Lis, publicysta: Gdybym oceniał tę debatę po 20 minutach, powiedziałbym, że zakończyła się remisem bez wskazania. Ale ponieważ oceniam ją po godzinie, wynik jest zupełnie inny: wygrał Jarosław Kaczyński. Nie było nokautu, nie było nokdownu (knockdown), ale to on był w ofensywie. Z każdą upływającą minutą czuł się na ringu coraz lepiej i coraz swobodniej. Kaczyński nie mówił do wszystkich Polaków, mówił do wyborców PiS i do tych, którzy mogą ewentualnie na PiS głosować. I trafiał w punkt. Trzymał się przesłania PiS z tej kampanii. Mówił o zwykłych ludziach, dla których prowadzi politykę oraz o elitach i korporacjach, które tzw. zwykłych ludzi traktują z wyższością. Mówił o twardej polityce zagranicznej i nawet, kiedy grubo przesadzał, gdy zarzucał prezydentowi Kwaśniewskiemu stanie na baczność przed możnymi i powtarzania im „ja wohl”, to do swojego elektoratu trafiał perfekcyjnie. W Aleksandrze Kwaśniewskim nie widziałem pasji ani efektów intensywnych przygotowań. Brak było przygotowanych z góry celnych ripost i zwischenrufów, a zadawne przez niego pytania typu, jak widzicie miejsce Polski w Europie, były jak loby proszące się o smecz. I Kaczyński raz za razem smeczował. Druga część debaty była grą do jednej bramki. Strzelał Kaczyński. Kwaśniewski niektóre piłki wybronił, ale tylko niektóre.
Rybiński: Na punkty wygrał premier
Maciej Rybiński, publicysta "Faktu": Traktując tę debatę jak mecz bokserski (trzy rundy) i stosując pięściarskie zasady - na punkty wygrał Jarosław
Kaczyński. I to mimo tego, że sędziująca w drugiej rundzie Monika Olejnik wyraźnie wyszła z roli, do której nie jest przyzwyczajona i zamiast pilnować, by przeciwnicy nie bili się poniżej
pasa, sama zadawała ciosy. Zamiast arbitrem, była czempionem.
Widzowie, którzy byli kibicami tej walki, zawsze uznają, że to ich faworyt był lepszy. I nawet jeśli leżał na deskach i był liczony, to powiedzą, że go skrzywdzono. I na tym właśnie polega ograniczona przydatność takich zabaw - emocjom raczej sportowym nie towarzyszy poszerzenie obszaru wiedzy, pomocnego w podejmowaniu decyzji wyborczych. W końcu nie dowiedzieliśmy się niczego, czego byśmy o obu zawodnikach i ich klubach nie wiedzieli wcześniej.