Dziennik Gazeta Prawana logo

Meller: Pornografia to normalna, ludzka rzecz

8 grudnia 2007, 02:42
Ten tekst przeczytasz w 13 minut
Marcin Meller, naczelny  quot;Playboya quot;, o pornografii
Marcin Meller, naczelny quot;Playboya quot;, o pornografii/Inne
Naczelny "Playboya" w rozmowie z Robertem Mazurkiem wyznaje, że wygłaszał kiedyś antysemickie teksty, że normalne jest wrzucanie do internetu swoich scen intymnych, a Anecie Krawczyk nikt nie kazał iść do łóżka. W DZIENNIKU rozmowa z Marcinem Mellerem.


Gołe baby można mieć też w internecie. Kiedyś sam kupowałem "Playboya", i to nie tylko dla pięknych kobiet, ale i tekstów.


W amerykańskim wydaniu zdarzają się i nobliści.


Rozumiem to podejście, ale mnie estetyka jego "Hustlera" nie pasuje, choć nie mam problemu z takimi rzeczami, jak nagość, seks, porno. To normalna część rzeczywistości.


Nie ekscytuję się tym, ale tak. Są w niej rzeczy, które mi się podobają, są takie, które mnie rażą, ale to normalna, ludzka rzecz.


To skrajna demagogia. Jak ktoś jest dorosły, to ma prawo robić, co chce. Są na to paragrafy…


To należy przestrzegać.


To nie jest magazyn półpornograficzny.


Nie. Podstawowa jest tu definicja pornografii, bo ja wierzę, że jakąś można przyjąć. Na przykład to zdjęcie Kate Moss z Kalendarza Pirelli to dla pana pornografia?


To jest właśnie estetyka "Playboya". Dam panu kilka egzemplarzy.


Dlaczego? Podszkoliłby się pan w znajomości "Playboya".


Otóż wbrew pańskim przypuszczeniem kategoria "moralnego zła" istnieje w moim światopoglądzie.


Żeby było jasne: handel kobietami, przymuszanie ich do seksu, do pornografii jest czymś złym, ale co pan zrobi, kiedy kobieta tego chce? Może dla niej to normalny zawód?


Nie.


Przekonywałbym ich, że zaspokajanie swoich potrzeb w drodze podrywu jest fajniejsze niż przez płacenie za nie. Ale przecież to zjawisko istnieje od początku ludzkości. Tak było, jest i będzie.

Kwestia gustu.


Fajna bluza.


Tak, właśnie tak.

Straszny, absolutnie straszny film.


Formalnie nie.

"
Teoretycznie tak, choć wszystko w tym filmie było odrażające.


(długa cisza) Dam może ryzykowny przykład: Aneta Krawczyk. Działalność panów z Samoobrony jest straszna, a pani Krawczyk jest ofiarą, ale nikt nie kazał jej iść do łóżka i przespać się z kimkolwiek.


Dlatego mówiłem, że to ryzykowne porównanie.


Ależ ja przyznałem, że ona była ofiarą!


To było maksymalnie obleśne.


I co z tego ma wynikać?



Nie. Pozostaniemy przy swoich zdaniach. Nie czuję żadnego dyskomfortu. Ciekawe, co pan powie o tym, że ludzie kręcą swoje akty seksualne i wrzucają to do internetu dla zabawy? Jest pewne continuum od rzeczy patologicznych po rzeczy zupełnie normalne.


Nie zacieram żadnych granic.


Jeżeli ktoś to robi świadomie z własną żoną czy dziewczyną, za obopólną zgodą, nie robiąc nikomu krzywdy, to why not?


Chyba pan oszalał?! Ja nie mam takich potrzeb.


Nie, to nie jest niemoralne. To ekshibicjonistyczne.


Ja tego bym nie zrobił, ale mnie to zupełnie nie oburza. Co najwyżej, mogę się zadziwić, ale jeśli ktoś ma na to ochotę…


Raczej nie, raczej zdziwienie.


To bym go spytał, czy go pogięło?!


Bo to żenujące!


To demagogia.


(śmiech) Wmawia mi pan dziecko w brzuch. Pan by chciał poustawiać innym życie, powiedzieć im, co mają myśleć, czuć, jak żyć.


Proszę pana, filmik z udziałem mojego brata uznałbym za żenujący, ale jeśli obcy ludzie chcą coś takiego robić, to ja im nie będę zabraniał.


Zgoda, mnie się to osobiście nie podoba. Ale jak czytam osobiste wyznania o kłótniach, rozwodach i awanturach jakiejś gwiazdy show- biznesu, to mnie to najwyżej bawi, ale gdybym przeczytał, o kimś znajomym, kogo lubię, to też poczułbym się zażenowany.


Tak, Kazimiera Szczuka oblała mnie piwem. Żeby było zabawniej, propozycja nie była moja, tylko Świetlickiego i Dyducha przeprowadzających ze mną wywiad do "Wysokich Obcasów". Szczuka uznała, że taki koncept to profanacja jej ciała, a używając zwrotu "panna Kazimiera Szczuka", wprowadzam seksistowski podział na kobiety zamężne i nie. I jak to powiedziała, to oblała mnie piwem. Ręka mnie świerzbiła, ale jako człowiek dobrze wychowany nie zareagowałem. Aha, jeszcze Szczuka powiedziała, że ja to sobie pewnie myślę, że jestem luzakiem, a one to "pierdolnięte ideolożki".


Chyba tak. I to jej powiedziałem. Dziś utrzymujemy koleżeńskie stosunki bez oblewania się piwem.


Jasne! Uczciwość i lojalność. W zasadzie z nich wyrasta cała reszta, można by robić podpunkty. Dumny jestem z tego, że mam tych samych przyjaciół od dwudziestu lat.


Nie ma mowy! Nie będę nikogo potępiał, sam miałem swoje przejścia. Jestem rozwiedziony. Ale o sprawach prywatnych, jeśli można…


Mordowanie króliczka było zupełnie niepotrzebne. Program byłby super i bez tego.


Grał pan kiedyś w mafię? To taka gra towarzyska polegająca na tym, że losuje się, kto jest mafiosem, a potem, na podstawie pytań, trzeba go wyeliminować. Co jakiś czas gracze typują więc, kogo zamordować. W tej grze przewagę mają prawnicy, a osoby prostoduszne odpadają od razu. Sam, będąc mafiosem, przekonałem kiedyś kolegę, by zamordował w niej swoją prywatną żonę. I "Agent" to jest taka sama gra jak mafia.


Bo to prawda. Na tej zasadzie wszystko można zjechać, a grę "Monopoly" przedstawić jako apoteozę krwiożerczego kapitalizmu.


Miły, prorodzinny program.


Taka jest istota telewizji śniadaniowej.


U mnie ich nie było, ale to rzeczywiście jest świat trochę jak z "Celebrity" Woody’ego Allena.


Nie są to wykłady Leszka Kołakowskiego, tylko program miły, łatwy i przyjemny, dzięki któremu można fajnie zacząć dzień i przy okazji czegoś się dowiedzieć.


Lub od Myśliwskiego.


Bo mnie to bawi. Być może kiedyś się tym znudzę, tak jak po 12 latach znudziło mnie pisanie, ale na razie show-biznes mnie bawi.


Coś tam jest, jasne. Nowe wyzwania podejmuję zwykle z trzech powodów: z ciekawości, próżności i dla pieniędzy. Nigdy tego nie kwestionowałem. Jakbym nie chciał być "panem z telewizji", tobym nim nie był.


Na maksa. Bardzo to denerwuje moją żonę, bo wszędzie, gdzie pójdziemy, to się na nas gapią.


Zero, bo wcale nie myślę, że on jest głupi. Raczej śmieszny.

Ukształtowały mnie trzy wydarzenia. Pierwsze, kiedy w połowie podstawówki dowiedziałem się, że mam korzenie żydowskie, drugie to antykomunizm i czasy NZS, a trzecie to moje podróże po Afryce i Azji, które zmieniły moje patrzenie na świat.


Po lekcjach chodziło się do "żydka", czyli spożywczaka na rogu, i kradło oranżadę w proszku. Wracałem do domu, sypiąc kolejnymi antysemickiemi tekstami, aż ojciec nie wytrzymał i opowiedział mi historię rodziny. Byłem w szoku. Co ciekawe, część kolegów domyślała się jakoś tego wcześniej, bo Meller nie chodził na religię i tak dalej.


Nie, jestem Polakiem. Kiedyś Nowaczyński powiedział o Tuwimie, że się tak wgryzł w polszczyznę, że się przegryzł na drugą stronę. O Tyrmandzie też mówiono, że ma tę nadznajomość polszczyzny, którą charakteryzują się Żydzi. Ja, nie mając tej nadznajomości, jestem jednocześnie bardzo wyczulony na polskość, miałem wrażenie, że choćby polskie powstania XIX-wieczne przeżywałem bardziej niż inni.


Jeszcze przed Sierpniem znalazłem u ojca "Zapis" lub "Kulturę" i zacząłem go wypytywać, o co tu chodzi. Tata wyjaśnił, że nie wszystko, co mówią w telewizji, to prawda, ale też nie o wszystkim można mówić, i generalnie dał sygnał, że skoro już wiem, to żebym się z tą wiedzą w szkole i na podwórku nie wychylał. W tej sytuacji historia była oczywistym wyborem, wszak legenda Wydziału Historii UW ciągnęła się jeszcze od listu Kuronia i Modzelewskiego. Potem okazało się, że połowa moich kolegów szła tam z podobnych pobudek. No i nie zawiedliśmy się.


Mnie do NZS wciągali tacy ludzie jak dzisiejszy szef CBA Mariusz Kamiński, były poseł PC i AWS Andrzej Anusz, ambasador w Bułgarii Andrzej Papierz, szef PAP Piotr Skwieciński. Wciągnęli mnie i kilka osób z naszego roku, między innymi Pawła Piskorskiego.


Jedna z najważniejszych. Wiosna 1988 to był najpiękniejszy czas mojego życia. Strajk studencki, wyjście NZS na powierzchnię, manifestacje, strajki robotnicze. No a do tego wiosna, mieliśmy po dwadzieścia lat, fantastyczny czas.


Wymusili to na mnie rodzice. Odkąd zrobiłem absolutorium, a nie napisałem jeszcze pracy magisterskiej, każdy rodzinny obiad, a chodziłem na nie co tydzień, kończył się pytaniem, kiedy się obronię. To był koszmar, nie wytrzymywałem tego! To trwało dwa lata. Ale jestem ze swojej pracy bardzo dumny, napisałem o "Solidarności" i dostałem za nią nagrodę.


Latem 1990 r. wyjechałem na rok do USA, bo mój ojciec został visiting professor w Atlancie. Minęła mnie więc cała kampania prezydencka w Polsce, a wieści o tym, co dzieje się w kraju, czerpałem z "Wyborczej" i "Polityki". I ja wtedy głęboko wierzyłem, że czarna sotnia bierze władzę. Śmieje się pan…


Zgoda, ale ja mówię o moim ówczesnym stanie ducha. Byłem wtedy bardzo wyczulony, a może nawet przeczulony na wszystkie akcenty antysemickie w kampanii Wałęsy. I okazało się, że to, co czytałem w "Polityce", wydało mi się bardzo racjonalne. Wróciłem do Polski i uznałem, że bliżej mi do nich niż kogokolwiek innego. Spytałem ich, czy mogę u nich zostać stażystą, i tak wsiąkłem do 2003 r. Najpierw nie było mowy o żadnym etacie. Po jakimś czasie dostrzegłem, że trochę przeszarżowałem z wcześniejszą oceną sytuacji.


Tak, i jedno, i drugie. Nie doceniłem w "Polityce" elementu postkomunistycznego, który zaczął mi doskwierać, a z drugiej strony Polską rządzili liberałowie i było dość przyjemnie, ale też zaraz potem był rząd Olszewskiego.


Tu się różnimy, bo dla mnie to rzeczywiście było straszne. Zresztą ostatnie dwa lata były twórczym rozwinięciem tego stanu. To była jakaś aberracja!


(śmiech) Chyba wiem, który znajomy.


Gdyby mi nawet przyszedł do głowy tak idiotyczny pomysł, by zaangażować się teraz w politykę, to jako naczelny "Playboya" byłbym raczej kulą u nogi. Już słyszę te zarzuty, że Platforma stoi ramię w ramię z naczelnym pornograficznego pisma.


Gdzieś w 1988 czy 1989 r. bawiliśmy się, tworząc skład przyszłego rządu. Piskorski miał być premierem, a ja jego rzecznikiem. A mówiąc serio, polityka interesowała mnie do 1989 r., kiedy miała jasny wymiar moralny. Nie chcę zawierać zbyt daleko idących kompromisów, kłamać z uśmiechem na ustach, a musiałbym to robić w polityce. Jasne, nie ma bytów idealnych, pracując w wydawnictwie, też zawieram pewne kompromisy, ale to akceptuję, a systemu zależności ze świata polityki - nie. Zostawiam to zawodowcom, ja nie muszę być z nikim, chcę być z samym sobą.


Ostatnie dwa lata były dla mnie strasznym czasem, zmarnowaną szansą i z przerażeniem patrzyłem na to, co się dzieje. Proszę ze mną nie polemizować…


(śmiech) Spoko. Chciałem powiedzieć o Giertychu. Uważałem, że jeżeli komuś to tak bardzo przeszkadza, to niech sami wychodzą na ulicę, a największa pikieta antygiertychowa zgromadziła chyba 2 tysiące osób!


Konsultowałem się z nim przed podjęciem decyzji. Zawsze go pytam przed podjęciem ważniejszej decyzji. Tata był umiarkowanie za.


Robię "Playboya", superpismo czytane przez setki tysięcy…


Ech, głupi stereotyp. Nawet nie chce mi się z nim polemizować. Naprawdę tak panu przeszkadzają te gołe baby w "Playboyu"?


To nie jest nihilizm, to radość życia!


Tak, to też. Albo dziadkowie w naszej ulubionej Gruzji, którzy siedzą przy winku z laseczkami i ożywiają się, wybuchają śmiechem na widok przechodzącej pięknej dziewczyny. Taką radość życia chciałbym pokazywać w "Playboyu".

*Marcin Meller, syn Stefana Mellera, byłego ministra spraw zagranicznych. Przez wiele lat pracował jako reporter w "Polityce". Od roku 2003 jest redaktorem naczelnym miesięcznika „Playboy”. W TVN prowadzi magazyn "Dzień Dobry TVN".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj