Powiedziałem sobie: wreszcie. Wreszcie sprawiedliwości stało się zadość. To było hańbiące dla nas wszystkich, że przez tyle lat ani władze serbskie, ani siły
międzynarodowe nie potrafiły ująć dwóch zbrodniarzy. Dwóch - bo przecież generał Radko Mladić, równie odpowiedzialny za te zbrodnie, jest nadal na wolności. Więc to jest w sumie bardzo
gorzkie uczucie. Mogę tylko powiedzieć: lepiej późno niż wcale.
Nie miałem wątpliwości, że społeczność międzynarodowa zachowuje się niewłaściwie. Bośnia była legalnym państwem, członkiem ONZ, a traktowano ją jako jedną ze stron konfliktu
rozgrywającego się na jej terytorium. Pertraktowano również z Karadżiciem, bo on dysponował siłą. Ja w tym odnajdywałem brak doświadczenia w relacjach z ludźmi systemu komunistycznego. On
przemawiał z pozycji siły, a miękkość społeczności międzynarodowej tylko go umacniała. Jego i prezydenta Serbii Miloszevicia, który za nim stał.
Byłem wstrząśnięty łatwością, z jaką politycy potrafili, posługując się historią, rozniecić straszliwy konflikt. Zawsze uważałem, że nie był to konflikt religijny, ale taki, w
którym religia jest wykorzystywana. Więc to była wielka przestroga. Ale pyta mnie pan o osobiste doświadczenia. Kiedy po raz pierwszy tam pojechałem, to w Zagrzebiu rozmawiałem z bośniacką
dziewczyną. Roztrzęsiona opowiadała mi, jak oglądała egzekucję jej chłopaka. Patrzyła, jak musi sobie sam wykopać grób. Potem go zabili na jej oczach.
Nie, ja nie wierzę w zdeterminowanie historii żadnego narodu. Samo Sarajewo, stolica Bośni, było przez dziesięciolecia miastem, w którym kilka narodów potrafiło ze sobą zgodnie
współżyć.
To tacy ludzie jak Karadżić, który był przecież również ideologiem serbskiego nacjonalizmu, rozpalili te stosunki do białości. Ale nie uważałem, że to sytuacja bez wyjścia. Raczej już
miałem poczucie, że część winy ponosi również wspólnota międzynarodowa, bo nie potrafi reagować. Mówiłem głośno, że powinno się prowadzić na tych terenach politykę na granicy
interwencji.
Powinno się pokazywać takim ludziom jak Karadżić i Mladić: jeśli złamiecie zasady, przekroczycie pewien próg, będziemy interweniować. Ale to jest ten wielki problem, który ujawnił się i
w innych częściach świata, choćby przy okazji masakr Hutu przez Tutsi w Rwandzie. To stałe pytanie - kiedy można reagować, użyć siły, a kiedy trzeba czekać. Prawo międzynarodowe pozwala
siłom ONZ interweniować tylko w przypadku zagrożenia dla pokoju. A co począć, gdy mamy zagrożenie ludobójstwem?
Generał zawinił, Holendrzy sami to teraz przyznają, ale atmosfera też. Jestem zwolennikiem zmian w prawie miedzynarodowym - takich, żeby interwencja była łatwiejsza. Przecież większość
konfliktów po drugiej wojnie światowej to konflikty wewnętrzne.
Mam świadomość, jak trudny jest to problem. Wiem, że wielu odbiera takie pomysły jako zagrożenie dla państwowej suwerenności. Ale jak możemy głosić obronę praw człowieka i równocześnie
patrzeć bezsilnie na masakry?
Przedstawiano mnie potem jako wroga Serbii, przestano do niej wpuszczać na polecenie Miloszevicia. Ale w Bośni reagowałem z całą stanowczością także na przypadki złego traktowania Serbów.
Ich także odwiedzałem w więzieniach. Bo tam nakręcała się spirala wzajemnej przemocy.
Jednak sztucznie rozbudzone. Komunizm zamieniono na wielkoserbski nacjonalizm. W końcu okoliczności zatrzymania Karadżicia przez samych Serbów pokazują, że tam też następują zmiany. Serbia
staje się coraz bardziej europejska.
Tylko że proces Miloszevicia był dowodowo trudniejszy. On mógł kpić sobie trochę z Trybunału, bo jako prezydent Serbii pociągał za sprężyny ludobójczych akcji gdzieś z tyłu. Moim
zdaniem Karadżiciowi zbrodnie udowodnić będzie łatwiej.
Ależ krzyczałem, alarmowałem. Moje raporty nie były pisane tylko dla dyplomatów, ale i dla prasy międzynarodowej. Niech pan sięgnie po ówczesne gazety, tam to wszystko znajdowało swoje
odbicie. Tyle że ja pisałem raporty, zalecenia, ale nikt nie był zobowiązany nawet mi odpowiedzieć. Wykorzystałem jednak wszystkie możliwości. Udało mi się osiągnąć rzecz wyjątkową:
dopuszczono mnie, zresztą wbrew protestom Chin, na posiedzenie Rady Bezpieczeństwa ONZ. Ale pozycja wysłannika uświadamiała mi nieustannie własną bezsilność. Teraz po latach to uczucie znika
przynajmniej częściowo.
*Tadeusz Mazowiecki, były premier