Psycho-politolodzy od wczoraj głęboko wchodzą w dusze zwycięzców. A gdyby tak ich na czynniki pierwsze. Ile w nich PiS, a ile PO? Czy aby nie noszą bielizny z partyjnymi insygniami? Maskują się ze swoimi politycznymi korzeniami.

Reklama

Popularność niezależnych kandydatów nie jest ani nowym, ani tak tajemniczym zjawiskiem, jak sugerują radiowo-telewizyjni eksperci. Wiedzą o tym amerykańscy kongresmeni z Tea Party czy brytyjscy Liberalni Demokraci. Politolodzy nazywają to konwergencją partii. W miarę jak klasa polityczna uwłaszcza się na partyjnych posadach, większość ich energii idzie na zachowanie staus quo. Utrzymanie posad. Osłabia się ostrość poglądów na rzecz popularnych haseł. Coraz mniej mamy odważnych ideowych projektów, a coraz więcej wyciągania rąk do statystycznego wyborcy.

Zacierają się różnice między partiami politycznymi i wyborcy mają coraz mniejszy wybór. To naturalne, że szukają ofert poza zastygłym układem partyjnym. Liberalną PO coraz bardziej socjalną, socjalnym SLD bardziej zainteresowanym finansowaniem partyjnych etatów niż cięciami w administracji. Narodowym PiS-em, którego brakuje w debacie o stosunkach z Rosją. PJN, któremu brakuje jakiegokolwiek programu. To nie scena polityczna się przeobraża, tylko politykom brakuje oferty.