Poszło o spot radiowy, w którym lewica sugerowała, że pies marszałka zniszczył meble w MSWIA. "Słyszałem, że pies Ludwika Dorna zniszczył meble w ministerstwie, znaczy
powygryzał je, i słyszę, że marszałek nie płaci za zniszczone publiczne mienie. (...) Możecie trzymać psy w państwowych urzędach i wolno im obgryzać meble? Sorry, że tak pytam, ale coś
mi się zdaje, że to z moich podatków PiS urządził zwierzyniec w rezydencji ministra. To faktycznie jest tanie państwo. Państwo Saba i Ludwik Dorn" - to fragmenty spotu Lewicy i
Demokratów.
Sąd uznał, że to nieprawda i zakazał emisji tego spotu.
O zniszczeniu przez sukę Dorna mebli w rezydencji szefa MSWiA przy ul. Zawrat w Warszawie napisał wcześniej "Wprost". Według tygodnika, ich wymiana miała kosztować podatników
ponad 3 tysiące złotych, a pieniędzy marszałek nie zwrócił do dziś.
Ludwik Dorn od razu wziął w obronę swojego czworonoga. "Saba nie zeżarła mebli, więc nie było obowiązku, abym płacił za meble, których Saba nie zeżarła" - tłumaczył
marszałek. I na słowach się nie skończyło, sprawa trafiła w trybie wyborczym do sądu.
Wprawdzie z pozwem nie poszła sama pomówiona, ale tylko dlatego, że - jak tłumaczył jej właściciel - nie ma "legitymacji procesowej". Do sądu wystąpił sam marszałek,
żądając sprostowania nieprawdziwej informacji.
Ludwik Dorn zarzucił politykom LiD "upolityzowanie" swego czworonoga. "Moja suka Saba, nie ze swojej i nie z mojej woli, stała się jednym z istotnych przedmiotów
kampanii wyborczej, a wcześniej kontrowersji politycznej" - tłumaczył Dorn. "Nie uważam, że Saba jest przedmiotem istotnej kontrowersji politycznej, bo Saba to mój prywatny
pies. Ja go nie polityzowałem" - mówił dziennikarzom.