Obsadzanie placówek zagranicznych jest jednym ze źródeł obecnego konfliktu między Pałacem Prezydenckim a rządem. MSZ obawia się blokowania swoich kandydatów na ambasadorów przez prezydenta, który uważa, że należy to do jego kompetencji. Teoretycznie jest to możliwe, bo nominację wręcza prezydent na wniosek ministra spraw zagranicznych. Zgodnie z konstytucją także do odwołania ambasadora potrzebna jest zgoda Lecha Kaczyńskiego. Dlatego MSZ chce zaproponować prezydentowi system parytetowy: jeden kandydat prezydenta, dwóch - trzech kandydatów MSZ. "Jeżeli tego prezydent nie zaakceptuje, minister nie będzie występował z wnioskami o powołanie ambasadorów" - zapowiada urzędnik MSZ.

Jak zatem będą wtedy funkcjonować polskie placówki? "Będziemy wysyłać dyplomatów niższych rangą, którzy nie muszą mieć nominacji prezydenta" - mówi twardo rozmówca DZIENNIKA. Doprowadziłoby to jednak do obniżenia rangi naszych przedstawicielstw. "Rzeczywiście, trudno byłoby to wytłumaczyć sojusznikom" - przyznaje dyplomata.

A sytuacja już teraz nie należy do najlepszych. Wciąż nie ma obsady 20 placówek zagranicznych; do lata liczba ta może wzrosnąć do 39, bo wielu ambasadorom kończą się kadencje. "Jeżeli zabraknie dobrej woli, Polsce może grozić paraliż dyplomatyczny" - przyznaje jeden ze współpracowników szefa dyplomacji. Oficjalnie w MSZ nikt nie chce się wypowiadać na ten temat. - "Poczekamy do pierwszej nominacji i reakcji na nią prezydenta" - usłyszał DZIENNIK od otoczenia Radosława Sikorskiego.

Testem działania parytetu może być kandydatura Andrzeja Krawczyka, b. ministra w Kancelarii Prezydenta. Krawczyk, po oskarżeniach o współpracę z peerelowskim kontrwywiadem wojskowym, musiał złożyć dymisję. Oczyszczony z zarzutów w procesie lustracyjnym na poprzednie stanowisko nie wrócił. Teraz ma być kandydatem MSZ na ambasadora.

W zamian za Krawczyka resort chce wykonać gest dobrej woli i wysłać dyplomatów nominowanych przez Annę Fotygę. Chodzi o Jerzego Chmielewskiego, b. dyr. departamentu Europa, do Rzymu, Wojciecha Ostrowskiego, b. szefa sekretariatu Fotygi, do Berna, a także Andrzeja Sadosia, b. rzecznika MSZ, do przedstawicielstwa OBWE w Wiedniu i Jerzego Achmatowicza, współpracownika Jana Kobylańskiego, kontrowersyjnego biznesmena z Urugwaju, do Meksyku.

W zamian Sikorski miałby wolną rękę w obsadzie ambasady w Waszyngtonie. Wiadomo już, że MSZ nie zgodzi się na kandydaturę Sławomira Kupieckiego, b. szefa departamentu bezpieczeństwa, wytypowanego przez Fotygę. "Waszyngton to ważna placówka i minister chce mieć tam swojego człowieka" - tłumaczy DZIENNIKOWI dyplomata z MSZ. W grę wchodzą kandydatury: Bogusława Winida, współpracownika Sikorskiego, gdy ten kierował jeszcze MON, lub też obecnego wiceministra MSZ Witolda Waszczykowskiego. Ten ostatni odpowiadał za negocjacje z USA w sprawie tarczy antyrakietowej.

Ciosek: Zgrozą byłoby wysyłanie na placówki dyplomatów niskiej rangi

ZBIGNIEW KRZYŻANOWSKI: Miał pan paść ofiarą wojny na ambasadorów. Pana odwołania z Moskwy jako partyjnego aparatczyka domagał się premier Jan Olszewski.

STANISŁAW CIOSEK*: Może i chciał, ale ja miałem słowo prezydenta Lecha Wałęsy, że będę ambasadorem. I tyle.

Pan był doradcą prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, gdy ten nie zgadzał się na żądanie premiera Jerzego Buzka odwołania szefowej OPZZ Ewy Spychalskiej z placówki na Białorusi. Co pan doradzał?

Umiar. Konflikt zakończył się polubownie. Spychalska wróciła do kraju przed zakończeniem swojej kadencji. Tak będzie i teraz: będzie konflikt, ale prezydent i szef MSZ dojdą do porozumienia. Tego wymaga dobro kraju. Ale to wymaga czasu, musi się dotrzeć.

Co będzie granicą konfliktu?

Gorsząca sytuacja, która kompromitowałaby Polskę za granicą. Na przykład wysłanie przez MSZ dyplomaty niższej rangi niż ambasador i informowanie, że to przez brak zgody na jego nominację przez prezydenta. Myślę, że uczestnicy konfliktu, mając taką alternatywę, dojdą do porozumienia.

*Stanisław Ciosek, ambasador w Moskwie w latach 1989 - 1996