Sprawa "kłamstwa lustracyjnego", jakie zarzucono Zycie Gilowskiej, jest mocno podejrzana. "Jest tu wiele tajemniczych wątków" - mówi dziennikowi.pl poseł PiS Artur Zawisza. I dodaje: "To jakaś gra przeciwko niej".

Poseł wskazuje m.in. na Rzecznika Interesu Publicznego, który zarzucił Gilowskiej kłamstwo lustracyjne. Włodzimierz Olszewski ma korzenie mocno lewicowe. W dodatku przez całą kadencję nie był w ogóle aktywny. Dopiero teraz, na koniec swej kariery rzecznika, "wyciągnął dokumenty na szefa resortu finansów, ewidentnie, żeby go pogrążyć" - tłumaczy dziennikowi.pl Zawisza.

A i same dokumenty są dziwne. To jeden z dowodów, że przeciwko Gilowskiej była prowadzona brudna gra. Raporty dotyczące współpracy pani eks-wicepremier, SB-ek Witold W. trzymał w domu. Więc "Bóg wie", kto miał do nich dostęp.


Były agent złamał prawo. "Za przetrzymywanie tajnych akt u siebie, zatrzymano go w 1999 roku" - ustalił dla dziennika.pl prokurator krajowy Zbigniew Kaczmarek. Dodał: "Został ukarany za to grzywną". Ale co się działo z raportami o współpracy pani eks-wicepremier i do czyich rąk trafiły, ustali śledztwo dotyczące "szantażu lustracyjnego", które na wniosek Gilowskiej ruszy w poniedziałek.

Witold W. był mężem przyjaciółki byłej minister finansów. Zapisywał ich wspólne rozmowy. Żaden raport nie został przez Gilowską podpisany.