Dziennik Gazeta Prawana logo

"Naszym celem było uniknięcie ofiar"

12 października 2007, 14:39
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
Mam przekonanie, że zniszczenia "Solidarności" można było uniknąć, bo w 1981 r. nie było konieczności wprowadzenia stanu wojennego - pisze w DZIENNIKU Henryk Wujec, jeden z przywódców "Solidarności".
Został on wprowadzony z różnych przyczyn, choć zasadnicze były w moim odczuciu dwie. Z jednej strony presja Związku Radzieckiego na gen. Jaruzelskiego, by zrobił z "Solidarnością" porządek (dziś już wiemy, że była to tylko presja; nie było realnego zagrożenia interwencją zbrojną wojsk Układu Warszawskiego). Taka groźba istniała w grudniu 1980 i marcu 1981, ale w grudniu 1981 Leonid Breżniew zdecydował, że generał musi sobie z "S" poradzić sam. Jaruzelski miał jednak i drugi problem: presję wewnętrzną i groźbę zamachu stanu ze strony radykalnych działaczy PZPR, którzy żądali ostatecznej rozprawy z "S".

Kolejne ustępstwa władz i kompromisy z "S" mogłyby się okazać tą cienką kładką, po której mogliśmy przejść do demokratycznej Polski dużo wcześniej niż w 1989 r. Wtedy tego nie przewidywaliśmy, ale w 1982 r. zmarł Breżniew. Po nim krótko rządzili Andropow i Czernienko, a po nich przyszedł już Michaił Gorbaczow, zupełnie odmieniając atmosferę w bloku wschodnim. Z perspektywy patrząc, myślę, że możliwa była wówczas szansa na kompromisowe przejście przez te kilka lat do ogłoszenia reform w ZSRR.

To jednak tylko gdybanie. W rzeczywistości doszło do stanu wojennego, który w istocie rozproszył "S", wielu jej działaczy zaprzestało działania, uciekło za granicę, niektórzy zapłacili za swoje zaangażowanie życiem. Związek nigdy już się nie odrodził w podobnej liczbie i sile. Najważniejszy jednak był koniec złudzenia, że sami budujemy ojczyznę, że możemy decydować o naszych sprawach i w ten sposób powoli wybijemy się na wolność. Była wielka nadzieja, że uda nam się tę wolność osiągnąć. Tę nadzieję polskiego społeczeństwa 13 grudnia zabił. Ludzie niechętnie później do tych planów wracali, tak że w 1989 r. nastawienie psychiczne do przemian było już zupełnie inne. To chyba był najgorszy skutek stanu wojennego.

W przededniu stanu wojennego Komisja Krajowa zdecydowała, że na wypadek takiego rozwoju wydarzeń dojdzie do strajku generalnego w całym kraju. Tak się nie stało. Ja znalazłem się wówczas w więzieniu. Zamiast zawodu czy rozczarowania mniejszą od oczekiwanej skalą oporu była w nas wielka obawa przed krwawą rozprawą z protestującymi. Wiedzieliśmy już, co stało się w kopalni Wujek, dla wszystkich był to szok i tragedia. Nikt nie oczekiwał, żeby inne zakłady pracy ryzykowały krwawą rozprawę. Uniknięcie rozlewu krwi było w każdych warunkach priorytetem. Wujek pokazał, że władza nie da się szantażować strajkiem generalnym i że stać ją na to, by użyć ostrej amunicji. Nikt z nas tego nie chciał i nie mógł ryzykować. Nie obwinialiśmy nikogo, że strajku na szeroką skalę nie było. On nie mógł się powieść, kiedy naprzeciwko bezbronnych ludzi staje uzbrojona armia. Trzeba się wycofać, schować do podziemia, by zebrać siły i ruszyć do ponownej walki. Jeśli więc w tamtych dniach mieliśmy żal, to do tych naszych kolegów zwłaszcza ze skrzydła radykalnego - którzy po 13 grudnia zwinęli manatki i uciekli za granicę. W gębie byli mocni, ale kiedy trzeba było dać świadectwo sprawie, ich zabrakło.


Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj