"Moje zdjęcia przekazała prasie jedna z osób wywodząca się z bliskiego środowiska państwa Kwaśniewskich. Odczytuję to jako akt zemsty za moje zgodne z prawem działania. Mam tu na myśli sprawę związaną z domem w Kazimierzu Dolnym" - twierdzi agent Tomek.

Reklama

Zaprzecza jakoby uwodził Beatę Sawicką i Weronikę Marczuk. "Obie panie przyjęły taką linię obrony, żeby zrobić ze mnie amanta, który robił do nich maślane oczy. W ten sposób manipulują opinią publiczną, a media to chętnie podchwyciły... A przecież w tych sprawach zarzuty karne usłyszeli także mężczyźni - burmistrz Helu czy prezes Wydawnictw Naukowo-Technicznych. Czy oni też ulegli mojemu czarowi? To oczywiście kompletna bzdura - moje słowa potwierdził również były minister sprawiedliwości w rządzie Donalda Tuska pan Andrzej Czuma" - mówi Kaczmarek.

Odnosi się także do sprawy przygotowanego przez Marczuk filmu inspirowanego tą historią i zaprzecza, że groził jej sądem." Z tego, co słyszałem, takie wieści rozpowszechnia pani Marczuk. Pani Marczuk jest wolnym człowiekiem i może robić filmy, pisać książki - to jej sprawa. Nie może tylko, jak każdy, łamać prawa. Prawo chroni dobre imię każdego i należy o tym pamiętać" - stwierdza.

Kaczmarek odniósł się też do swojego sporu z legendarną działaczką "Solidarności" Henryką Krzywonos, którą pozwał do sądu za jej wypowiedź: "Dla mnie jest, przepraszam, ale dnem, które krzywdziło ludzi".

"Jej słowa były obraźliwe dla mnie i przykre dla moich bliskich. Były nieudolną próbą zdyskredytowania mnie w oczach wyborców. Ubolewam, iż pani Krzywonos dała się zredukować do takiej roli. To przykre. Mimo wszystko liczę, iż dojdziemy do porozumienia" - powiedział Kaczmarek.