Michał Wilgocki z "Gazety Wyborczej" uważa, że PiS jest coraz mniej uzależniony od swoich koalicjantów w obozie Zjednoczonej Prawicy – Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry oraz Polski Razem Jarosława Gowina. Dodaje, że każdy dodatkowy mandat w puli PiS to zła wiadomość dla obu polityków. "Im mniej będą potrzebni do utrzymania większości w parlamencie, tym bardziej będą zdani na łaskę i niełaskę prezesa Kaczyńskiego, a ich pole do politycznych manewrów zostanie radykalnie ograniczone" – pisze Wilgocki.

Reklama

Jeśli nawet po zapowiadanej na listopad rekonstrukcji rządu prezes PiS odwołałby Zbigniewa Ziobro z funkcji ministra sprawiedliwości, a ten zagroził zerwaniem koalicji z PiS i wyprowadzeniem swoich posłów z klubu, to i tak Zjednoczona Prawica miałaby w najgorszym wypadku 228 posłów. To oznacza, że większość rządząca byłaby bezpieczna. Przewidział to już w swoim artykule w tygodniku "Sieci prawdy" Jacek Karnowski, który stwierdził, że gdyby Gowin zdecydował się wyjść, zabrałby może dwóch posłów, a pozostała siódemka, czy ósemka zostałaby z prezesem Kaczyńskim.

Wilgocki zwraca uwagę, że ani za Gowinem, ani za Ziobrą z pewnością nie poszliby wszyscy ich towarzysze. A nawet, jeśli odeszliby wszyscy, to i tak nie miałoby to większego znaczenia. O wiele większym problemem dla PiS-u byłby bunt frakcji związanej z ojcem Rydzykiem, dlatego też tacy ministrowie jak Jan Szyszko, czy Antoni Macierewicz mogą spać spokojnie. Gdyby szacunkowo szeregi PiS opuściło ok. 10 osób, wtedy Jarosław Kaczyński musiałby szukać pomocy u Wolnych, Solidarnych oraz niezrzeszonych posłów.