PAP: B. premier, europoseł Beata Szydło nie ma szczęścia do głosowań w Unii Europejskiej. W poniedziałek ponownie nie udało się uzyskać poparcia dla jej kandydatury na stanowisko szefowej komisji ds. zatrudnienia.

Jarosław Kaczyński: To zaskoczenie nie tylko dla nas, bo mieliśmy zawarte pewne porozumienia na najwyższym szczeblu. Premier Mateusz Morawiecki informował mnie, że tuż po tym głosowaniu zadzwoniła do niego kanclerz Niemiec Angela Merkel z przeprosinami, wyrazami zdumienia i szoku po tym, co się stało. Zapewniała, że wszyscy przedstawiciele Europejskiej Partii Ludowej głosowali za kandydaturą pani premier.

Nie zmienia to faktu, że wynik tego głosowania był wbrew ustaleniom. Doszło do bardzo poważnego rozprężenia w UE i to jest zjawisko niedobre, i wyraźnie związane z bardzo ostrą ofensywą lewicy. Ta szeroko rozumiana lewica jest właściwie bez wyjątku lewicą skrajną.

Już po głosowaniu przedstawiciel Rumunii, liberał, stwierdził, iż ktoś inny z EKR może być wybrany na to stanowisko, ale musi przestrzegać wartości. Była na to znakomita odpowiedź pani premier, że ona uznaje te wartości, które leżą u źródeł UE i jednocześnie reprezentuje te wartości, które tworzą wspólnotę w Polsce, to właśnie dzięki temu uzyskała tak dobry wynik podczas eurowyborów - ponad 500 tys. głosów.

Sądzę, że w przypadku Beaty Szydło był tu repulsywny odruch wobec osoby, której system wartości jest inny niż bardzo wielu obecnych parlamentarzystów – zarówno z formacji skrajnie lewicowych, jak i liberalno-lewicowych. To wygląda na powtórkę ze sprawy Rocco Buttiglione, który przed laty był kandydatem Włoch na stanowisko unijnego komisarza. Przed głosowaniem przyznał się do konserwatywnych, chrześcijańskich wartości, jakie wyznawał, czego skutkiem było to, że nie został wybrany na to stanowisko.

Jeżeli w tej chwili umowy, porozumienia, nie są przestrzegane, to jest to z jednej strony kwestia pewnego gniewu, który panuje w Unii Europejskiej, a z drugiej strony - kwestia wartości. Polska, jeśli chodzi o wartości, jest w zupełnie innym miejscu niż bardzo wiele państw europejskich. Beata Szydło zapłaciła po prostu za to, że jest reprezentantką katolickiego kraju i uznaje chrześcijańskie wartości.

Mamy nadzieję, że ta sytuacja, ten kryzys wartości minie, ale będzie to wymagało wysiłku przedstawicieli zarówno tych większych, silniejszych krajów Unii, jak i tych mniejszych.

PAP: Czy odrzucenie kandydatury Beaty Szydło będzie miało wpływ na decyzję EKR, jeśli chodzi o wtorkowe głosowanie nad kandydaturą Ursuli von der Leyen na szefową Komisji Europejskiej?

J.K: W oczywisty sposób może mieć. Ostateczną decyzję w tej sprawie będą podejmować jednak europosłowie, bo tutaj nie ma żelaznej dyscypliny. Jakie będą nasze sugestie w tej sprawie, to nie zostało jeszcze rozstrzygnięte.

PAP: Wracając do spraw krajowych - podczas niedzielnego pikniku w gminie Gózd mówił pan, że Polska może rozwijać się szybciej, ale to wymaga społecznej zgody i zakończenia wojny, która toczy się w Polsce. Jak miałoby wyglądać to nowe otwarcie w polityce?

J.K.: Odwoływałem się do przykładu irlandzkiego, gdzie porozumiały się partie, które kiedyś zbrojnie ze sobą walczyły. Tam oczywiście była dalece ostrzejsza sytuacja niż ta, która ma miejsce w Polsce. Jak mógłby wyglądać początek? Będziemy się zastanawiać nad tym, co w obecnej sytuacji - kiedy druga strona wyraźnie nie wykazuje ochoty do takiego porozumienia - można uczynić, ale z całą pewnością jakaś propozycja z naszej strony jeszcze padnie.

Nie chcę w tej chwili niczego uprzedzać, tym bardziej, że chciałbym dać chwilę drugiej stronie do namysłu, aby nie odrzucała tego w pierwszym odruchu, który jest wobec nas repulsywny. Zobaczymy. Uważam, że nawet jeśli w tej chwili szansa na takie porozumienie jest naprawdę niewielka, bo tak to oceniam, to trzeba próbować iść w tym kierunku.

Takie porozumienie nie oznaczałoby oczywiście, że my nie konkurujemy ze sobą, tylko że są inne reguły tej konkurencji, bardziej cywilizowane, że uznajemy wyniki wyborcze, uznajemy pewną potrzebę dotyczącą np. naprawy polskiego państwa, takiej konstrukcji ustrojowej, która będzie służyła rozwojowi, oczywiście zachowując wszelkie prawa obywatelskie i wszelkie reguły demokracji i praworządności.

To jest sprawa niełatwa, ale z naszej strony jakaś tego rodzaju inicjatywa będzie miała miejsce, chociaż po pewnym uspokojeniu nastrojów. Nam chodzi po prostu o pewną propozycję, chcemy ją dopracować i złożyć w momencie, kiedy emocje trochę opadną.

PAP: Kiedy można spodziewać się tej propozycji?

J.K.: Dokładnego terminu nie chcę zapowiadać, bo wszystko będzie zależało od sytuacji. Sądzę, że do wyborów tego rodzaju propozycja się pojawi, no chyba że druga strona popadnie w taką agresję, że to już zupełnie nie będzie miało sensu. Mam jednak nadzieję, że tak się nie stanie.

PAP: W niedzielę zainaugurował pan objazd liderów PiS po kraju, zamierza pan aktywnie zaangażować się w kampanię wyborczą? Będą kolejne spotkania, pikniki wyborcze z pana udziałem?

J.K.: Jeśli tylko Bóg pozwoli, to będą.

PAP: To dokąd wybiera się pan na następny piknik?

J.K.: Mamy już pewne plany dotyczące najbliższych spotkań z Polakami, ale jeszcze w tej chwili nie będę ich przedstawiał. Mogę powiedzieć, że będą podobne spotkania jak to, które odbyło się w gminie Gózd. Być może kolejne takie spotkanie odbędzie się w większym ośrodku.

PAP: W sobotę przedstawił pan liderów list wyborczych do Sejmu, kiedy zostaną przedstawione całościowe listy?

J.K.: Sądzę, że nastąpi to stosunkowo niedługo, ale to już kwestia poza moją indywidualną decyzją, z tego względu, że to jest decyzja Komitetu Politycznego, a to wymaga zwykle jednego – dwóch, a czasem nawet trzech spotkań. Kompletne listy powinny być zaprezentowane za około trzy tygodnie.

PAP: A co z listami do Senatu?

J.K: Będą zatwierdzane w tym samym czasie, co listy sejmowe. Listy kandydatów do Senatu mamy w dużej mierze gotowe. Sądzę, że bardzo zdecydowana większość tych osób, które są obecnie w Senacie, będzie kandydatami na kolejną kadencję. Nie będzie to oczywiście 100 proc., ale dużo. Mogą być też pewne przesunięcia z Sejmu do Senatu, ale sądzę, że jeśli będą, to nieliczne.

PAP: W poniedziałek b. wicemarszałek Senatu, a obecnie europoseł Adam Bielan stwierdził, że jeżeli prezydenci miast konfliktują się z rządem, tak jak to ma to miejsce w przypadku Warszawy czy Gdańska, trudno się dziwić, że później do tych miast nie będą trafiać wielkie inwestycje rządowe. Rząd PiS planuje taki bat na opornych włodarzy miast?

J.K.: To jest daleko idące nieporozumienie. Nie rozumiem tych słów europosła Bielana, w tych miastach są przecież duże inwestycje rządowe. Nam zależy na mieszkańcach tych miast, a nie na ich władzach. Zależy nam na polityce zrównoważonego rozwoju i na tym wszystkim, co z niej wynika. To będzie określało, czy dla tych miast będą środki, a nie to, czy jakiś prezydent miasta z naszego punktu widzenia postępuje dobrze czy źle.