A wszystko za sprawą poniedziałkowego programu "Teraz My" w TVN. Andrzej Morozowski i Tomasz Sekielski zaprosili do studia posłów Ryszarda Kalisza z LiD, który najprawdopodobniej stanie na czele komisji śledczej, i Tomasza Dudzińskiego z PiS.

Rozmawiano m.in. o tym, czy lewica nie wykorzystuje komisji śledczej do politycznych rozgrywek. "Ale nawet syn Barbary Blidy ma wątpliwości, czy to jest komisja po to, żeby wszystko wyjaśnić, czy po to, żeby LiD i SLD sobie pomogło w polityce" - rzucił Morozowski. Po czym dziennikarze puścili fragment wypowiedzi Jacka Blidy. "Mama została zdjęta z listy kandydujących do Sejmu w roku 2005 decyzją administracyjną, więc lewica nie ma mandatu do tego, żeby występować jako jedyny obrońca dobrego imienia mojej mamy" - mówił w materiale syn byłej posłanki Sojuszu. I dodał: -"Ja traktuję to bardziej jako próbę pokazania złych rządów Prawa i Sprawiedliwości".

Puszczony materiał wywołał konsternację u Ryszarda Kalisza. Nie mniej zaskoczony był przed telewizorem Jacek Blida. Okazuje się bowiem, że jego wypowiedź dla TVN nie była świeżo nagrana i padła w zupełnie innym kontekście.

Jak powiedział DZIENNIKOWI syn byłej posłanki, jego słowa stacja zarejestrowała w październiku i dotyczyły one sposobu prowadzenia kampanii wyborczej przez LiD, a nie komisji śledczej. Jacek Blida tłumaczy, że nagranie było protestem przeciwko wykorzystywania wizerunku jego matki na plakatach lewicowej koalicji. Zaznacza jednak, że nie ma nic przeciwko temu, by przedstawiciel LiD kierował komisją śledczą, która ma wyjaśnić okoliczności śmierci jego matki.

Zapytaliśmy Andrzeja Morozowskiego, dlaczego w programie został puszczony stary materiał.

"Wydaje mi się, że powiedziałem, że jest to wypowiedź archiwalna. Będę musiał zobaczyć stenogram" - mówi dziennikarz. "Ale przyznaję, że nie podałem daty. Dla przyzwoitości rzeczywiście powinniśmy podpisać materiał datą" - dodaje.

Rozmowa z Jackiem Blidą,
synem synem Barbary Blidy, która zastrzeliła się w kwietniu 2007 r. podczas zatrzymania jej przez ABW

Kamila Wronowska: W poniedziałek w programie "Teraz my" powiedział pan, że lewica nie ma mandatu do tego, by występować jako jedyny obrońca dobrego imienia pana mamy. LiD rozgrywa jej tragiczną śmierć politycznie?
Jacek Blida: - To jest moja wypowiedź z kampanii wyborczej, kiedy próbowano wciągnąć nazwisko mojej mamy na plakaty wyborcze LiD. Ja przeciwko temu protestowałem. I wtedy właśnie ten materiał był nagrywany. To był ten dzień, kiedy minister Ziobro przyniósł do programu "Teraz my" taśmy z gabinetu lekarskiego Mirosława G. Dlatego materiał z moją wypowiedzią wtedy nie poszedł.

Dziś powtórzyłby pan te słowa?
Dziś bym tak nie powiedział. Wtedy chodziło o to, że lewica próbuje zdobyć głosy wyborców na nazwisku mojej mamy. Moja wypowiedź nie odnosi się do dzisiejszych realiów.

Będzie pan wyjaśniał, dlaczego dopiero teraz wyemitowano ten materiał?
Zależałoby mi na wyjaśnieniu. Tym bardziej że nikt mnie nawet nie uprzedził, że ten materiał pójdzie teraz.

Sejmowa komisja śledcza powinna zająć się samą śmiercią pana mamy czy całą aferą węglową?
Uważam, że zbyt szeroki zakres prac komisji może spowodować, że przez lata nie uda sie wyjaśnić, jak było naprawdę ze śmiercią mojej mamy, czy były w tej sprawie polityczne naciski.

Kto powinien stanąć na jej czele: polityk lewicy czy prawicy?
Jest mi to obojętne. Wydaje mi się, że w komisji powinny być osoby, które mają doświadczenie parlamentarne i pracowały już w takiej komisji. Chyba mniejsze znaczenie ma to, jakie ugrupowanie będzie jej przewodzić.

Politycy LiD mówią, że to oni mają moralne prawo do wyjaśnienia tej sprawy.
Skoro oni wnieśli pod obrady Sejmu wniosek o powołanie komisji, to mają mandat do tego, żeby komisji przewodniczyć.