Minister Ardanowski zapytany o propozycję wprowadzenia do tarczy antykryzysowej zakazu odbierania maltretowanych zwierząt przez organizacje chroniące ich praw i krytykę jego postulatu przez ekologów, których nazwał "przebierańcami", odpowiedział, że spodziewał się tego hejtu.

Reklama

Sytuacja jest prosta – idzie fala hejtu na rolników, nie tylko ze strony tzw. ekologów, którzy stworzyli sobie znakomity pomysł na życie, zabierając zwierzęta. Widzę, co robią, co robi na przykład pani Sylwia Spurek, która w ogóle kwestionuje sens utrzymywania i hodowli zwierząt, nie tylko futerkowych, bo można dzisiaj dyskutować, czy przy tych zmianach klimatu, futra są nam w ogóle jeszcze do czegoś potrzebne – mówił w tygodniku "Wprost".

Oczywiście, że są patologie, ale czy patologiczne są zachowania tylko części głupich rolników, którzy biją swoje zwierzęta? A kto wywozi psy do lasu? Kto zostawia zwierzęta na drogach, bo trzeba jechać na wczasy za granicę i nie wiadomo, co zrobić z psem? – pytał.

Stwierdził, że "organizacje wyspecjalizowane w odbieraniu zwierząt szybko je później sprzedają, że wyciągają pieniądze od samorządów na utrzymanie schronisk".

Spodziewałem się tego hejtu, ale może nie aż tak dużego. Epitety, wyzwiska, grożenie mi śmiercią. To jest mniej więcej podobne – i użyję tego porównania – jak cała propaganda hitlerowska wymierzona przeciwko Żydom czy Słowianom – powiedział.

Dodał, że to rolnicy dbają o zwierzęta a nie ekolodzy.

To jest pewna cywilizacyjna wojna, która toczy się z rolnictwem. Organizacje tzw. obrońców praw zwierząt doskonale wpisują się w ten cały mechanizm – powiedział.

Odnosząc się do samego zapisu, powiedział, że nie wie, czy znajdzie się on w tarczy kryzysowej a decyzję podejmie rząd. Dodał, że wszyscy boją się organizacji ekologicznych, które robią "wielki hałas".

Stworzono gigantyczny biznes pod nazwą – odbieranie zwierząt. Biznes tylko w części oparty o szlachetne pobudki. Najczęściej to brutalne zarabianie – powiedział.