Wybory szefa PSL były prawdziwym spektaklem. Delegaci na kongres z góry wiedzieli kto wygra i dlaczego znowu musi to być prezes Waldemar Pawlak. Ale, by liderowi było przyjemniej wygrywać, jego kolega Marek Sawicki zgodził się udawać, że też zależy mu na przywództwie.
Sawicki sam przyznał w swoim wystąpieniu przedwyborczym, że nie kandyduje dla konkurencji. Startuje po to, by - jak się wyraził - wypełnić wymogi demokracji w partii. Statut PSL mówi, że w wyborach szefa partii muszą brać udział co najmniej dwaj kandydaci.
Inni prominentni działacze nawet przed wyborami nie kryli, że to jedynie pokaz poparcia dla obecnego wodza. "Kontrandydat musi być godny, szanowany w partii, żeby prezesowi było
przyjemnie wygrywać" - powiedział DZIENNIKOWI Stanisław Żelichowski.
Po wyborze delegaci odśpiewali Pawlakowi "Sto lat". Z decyzji podjętych na kongresie cieszyć się może też dotychczasowy szef Rady Naczelnej PSL Jarosław Kalinowski. Jak
można się było spodziewać, on również utrzymał stanowisko.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|