Profesor Jurij Sawieliew to fizyk zajmujący się pożarami. Według niego nie ma najmniejszej możliwości, by wszystkie zniszczenia w sali gimnastycznej były spowodowane przez bomby Czeczenów, które nagle wybuchły. Takie zniszczenia mogły spowodować tylko rosyjskie granatniki i miotacze ognia. Sawieliew jasno twierdzi, że rosyjskie służby specjalne wiedziały wcześniej o ataku terrorystów na szkołę, jednak nie zrobiły nic, by temu zapobiec, a potem doprowadziły do masakry. Jego raport opublikowała "Nowaja Gazieta", popierająca antyputinowską opozycję.
Oficjalny raport głosi, że to terroryści wysadzili dwie bomby w szkole, a komandosi musieli wkroczyć, by ratować uwięzionych ludzi. Okazuje się jednak, że Sawieliew nie jest osamotniony w swych oskarżeniach. Jego tezy popiera komisja rządowa z Osetii, która także badała zamach w Biesłanie. Osetyjczycy obwiniają o masakrę także rosyjskie służby specjalne.
Do tragedii w Biesłanie doszło we wrześniu 2004 roku. Czeczeńscy terroryści zajęli szkołę i wzięli za zakładników dzieci, rodziców i nauczycieli. Po jednodniowych negocjacjach rosyjscy komandosi zaatakowali. Wtedy doszło do masakry. Zginęło 400 osób, a 700 zostało rannych.