Prezydent Bush przyjechał do niewielkiego Greeley - „prawdziwie amerykańskiego miasteczka” pod Denver - by jeszcze raz wystąpić, jeszcze raz przekonywać i jeszcze raz spróbować oddalić bardzo prawdopodobną porażkę republikanów w jutrzejszych wyborach do Kongresu.
Jednak nawet tu, w bastionie Busha, poza Marissą mało kogo przechodzą dreszcze na myśl o spotkaniu z rządzącym od 2000 r. gospodarzem Białego Domu. Partia republikańska przez wiele dni rozprowadzała darmowe bilety na spotkanie z prezydentem, ale w piątek wieczorem, 10 minut przed zamknięciem partyjnych biur, wejściówki wciąż czekały na chętnych. "Może chce pani dla rodziny?" - pyta mnie sekretarka w kwaterze partii, która od 1994 r. ma większość w obu izbach parlamentu.
Ci z mieszkańców, którzy chcieli na żywo zobaczyć Busha, by dostać się na salę, musieli przebić się przez tłum przeciwników prezydenta krzyczących „Precz z wojną w Iraku!”. Kilka minut przed dziesiątą antywojennych demonstrantów zagłuszyły jednak patriotyczne marsze z głośnika, a na telebimie pojawił się prezydencki śmigłowiec. Niemal w tej samej chwili otworzyły się tylne drzwi i do sali weszli dyskretnie agenci pilnujący bezpieczeństwa prezydenta. Część z nich otoczyła scenę, reszta zmieszała się z tłumem.
I wreszcie jest prezydent. Ubrany w błękitną koszulę z podwiniętymi rękawami, wypoczęty, zadowolony z życia, emanuje uśmiechem, wyuczonym gestem ściska wyciągające się w jego kierunku
dłonie, gładzi po głowie dzieci, powoli wśród tłumu przechodząc do mównicy. "Lubię przyjeżdżać do takich miast jak wasze" - mówi. "Kocham taką Amerykę,
wierną wartościom i kierującą się w życiu zdrowym rozsądkiem" - uśmiecha się do zebranych.