Hollywoodzkie superprodukcje o budżecie przekraczającym 100 mln dolarów wymagają godnej oprawy: komfortowych stanowisk roboczych dla grafików, setek silnych komputerów, które zajmą się
liczeniem, a także licencji na programy, które też mogą niemało kosztować.
Ale – na szczęście – wcale dużo kosztować nie muszą. Na przykład Maya, program używany powszechnie w studiach filmowych i telewizyjnych, kosztuje kilka tysięcy dolarów.
Jednak do prywatnego użytku można go ściągnąć (legalnie, oczywiście) za darmo. Bezpłatnie możemy też pobawić się programem Brazil R/S, który narysował takie filmy, jak "Sin
City" i "Zemsta Sithów", i normalnie kosztuje od 1200 dolarów w górę.
To zresztą bardzo częsta praktyka na rynku oprogramowania: jeżeli chcesz się pobawić programem, zapoznać się z jego możliwościami, możesz to zrobić za ułamek jego zwykłej ceny czy wręcz za darmo. Dopiero jeżeli planujesz na tym zarabiać, to producent oczekuje, że też coś z tego będzie miał: może tysiąc, może milion dolarów, w zależności od tego, ilu i jakich licencji potrzebujesz. Są też programy tanie permanentnie: kompletnie darmowy jest POV-Ray, nic nie musimy płacić za całkiem niezłego Blendera 3D, a VistaPro Renderer kosztuje jakieś 50 dolarów. Słowem, wcale nie trzeba być krezusem, żeby pobawić się w grafika.
Jedno trzeba jednak wyjaśnić: grafika trójwymiarowa wcale nie rysuje się sama. Komputery same z siebie mają tyle twórczych mocy, co pióro albo pędzel. Wyspecjalizowane programy graficzne po prostu zmieniają proces tworzenia. Artysta - operator komputera jest w tym przypadku bardziej fotografikiem, czy też może reżyserem, aniżeli malarzem. W dalszym ciągu jednak wyobraźnia i dobre oko pozostają niezastąpione.