Z powodu chronicznego niedoinwestowania Bundeswehry nad polityką zagraniczną Niemiec pojawiło się widmo załamania. Bundeswehra może wkrótce nie być zdolna do wypełniania zobowiązań sojuszniczych, nie mówiąc już o podejmowaniu nowych akcji - pisze DZIENNIK.
Do prasy wyciekł właśnie 65-stronicowy raport, który gen. Wolfgang Schneiderhan położył na biurku ministra obrony Niemiec Franza Josefa Junga w połowie tygodnia.
Jego fragmenty opublikował dziennik "Die Welt". Dokument wywołał w Niemczech konsternację, bo po raz pierwszy najważniejszy niemiecki wojskowy czarno na białym napisał, jakie
są konsekwencje chronicznego niedofinansowania armii.
Do tej pory kolejne opracowania opisywały jedynie symptomy choroby: żołnierze uskarżali się na nieremontowane od lat koszary, zacinające się karabiny czy przestarzałe samoloty. Ostatni raport w tej sprawie opisywaliśmy zresztą kilka tygodni temu na łamach DZIENNIKA.
Teraz okazało się, że przeżarte pleśnią i grzybem żołnierskie baraki są świadectwem marnej kondycji armii i mogą doprowadzić do załamania całej polityki zagranicznej Niemiec. "Przy obecnym stanie finansów nasze pole manewru w dziedzinie nowych zobowiązań sojuszniczych jest niewielkie" - napisał gen. Schneiderhan. Tłumacząc te słowa na zwyczajny język: Bundeswehra nie jest w stanie sprostać wyzwaniom, jakie postawili przed nią politycy. A o wizjach nowych ambitnych projektów - na przykład stworzeniu wspólnej armii Unii Europejskiej - tak chętnie snutych przez polityków, trzeba po prostu zapomnieć.
"Przyczyny takiego stanu rzeczy są proste. Nasi politycy wpadli po zjednoczeniu Niemiec w amok, wręcz otumaniły ich nowe możliwości odgrywania roli mocarstwa. Stało się tak zwłaszcza pod rządami kanclerza Schrödera. Niemcy wypłynęły wówczas na szerokie wody polityki międzynarodowej, a nasi żołnierze pojechali do Kosowa i Afganistanu. A gdy przyszedł rachunek, okazało się, że nie ma go czym zapłacić" - mówi DZIENNIKOWI Günther Hellmann, politolog z Frankfurtu, który już kilka lat temu ostrzegał, że Berlina nie stać na prowadzenie polityki godnej wielkiego mocarstwa.
"Schröder wpędził niemiecką politykę zagraniczną w największy od czasów zakończenia II wojny światowej kryzys. Doprowadził do sytuacji, w której dziś na całym świecie - w Kosowie, Libanie, Sudanie czy Afganistanie - stacjonuje 8 tys. naszych żołnierzy. A wszystko to przy poziomie wydatków na cele wojskowe, liczonych jako procent od PKB, na poziomie Luksemburga i Liechtensteinu" - uważa Hellmann.
Do tej pory kolejne opracowania opisywały jedynie symptomy choroby: żołnierze uskarżali się na nieremontowane od lat koszary, zacinające się karabiny czy przestarzałe samoloty. Ostatni raport w tej sprawie opisywaliśmy zresztą kilka tygodni temu na łamach DZIENNIKA.
Teraz okazało się, że przeżarte pleśnią i grzybem żołnierskie baraki są świadectwem marnej kondycji armii i mogą doprowadzić do załamania całej polityki zagranicznej Niemiec. "Przy obecnym stanie finansów nasze pole manewru w dziedzinie nowych zobowiązań sojuszniczych jest niewielkie" - napisał gen. Schneiderhan. Tłumacząc te słowa na zwyczajny język: Bundeswehra nie jest w stanie sprostać wyzwaniom, jakie postawili przed nią politycy. A o wizjach nowych ambitnych projektów - na przykład stworzeniu wspólnej armii Unii Europejskiej - tak chętnie snutych przez polityków, trzeba po prostu zapomnieć.
"Przyczyny takiego stanu rzeczy są proste. Nasi politycy wpadli po zjednoczeniu Niemiec w amok, wręcz otumaniły ich nowe możliwości odgrywania roli mocarstwa. Stało się tak zwłaszcza pod rządami kanclerza Schrödera. Niemcy wypłynęły wówczas na szerokie wody polityki międzynarodowej, a nasi żołnierze pojechali do Kosowa i Afganistanu. A gdy przyszedł rachunek, okazało się, że nie ma go czym zapłacić" - mówi DZIENNIKOWI Günther Hellmann, politolog z Frankfurtu, który już kilka lat temu ostrzegał, że Berlina nie stać na prowadzenie polityki godnej wielkiego mocarstwa.
"Schröder wpędził niemiecką politykę zagraniczną w największy od czasów zakończenia II wojny światowej kryzys. Doprowadził do sytuacji, w której dziś na całym świecie - w Kosowie, Libanie, Sudanie czy Afganistanie - stacjonuje 8 tys. naszych żołnierzy. A wszystko to przy poziomie wydatków na cele wojskowe, liczonych jako procent od PKB, na poziomie Luksemburga i Liechtensteinu" - uważa Hellmann.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|