Policja nie chce mówić o motywach zbrodni, czy też o szczegółach ataku. Choć funkcjonariusze znają tożsamość 22 ofiar szaleńca, nie zdradzą żadnych nazwisk, dopóki nie zidentyfikują wszystkich.
Śledczy nie są ciągle na sto procent pewni, że student z Korei działał sam. Ale uważają to za najbardziej prawdopodobne. "Jeden z pistoletów, który znaleźliśmy przy zabitym Koreańczyku, był na pewno użyty w pierwszej strzelaninie na uniwersytecie" - mówił na konferencji prasowej rzecznik stanowej policji.
Funkcjonariusze dodawali też, że wszystkie służby zareagowały szybko i prawidłowo w tej największej strzelaninie na uniwersytecie w USA. Władze uczelni nie odpowiedziały na oskarżenia studentów, że nie informowały o tym, co dzieje się na uczelni. Choć władze stanowe bronią szefów uniwersytetu i twierdzą, że zareagowali prawidłowo.
Co z uniwersytetem? W tym tygodniu wszystkie zajęcia są odwołane. Budynek, w którym rozegrała się tragedia, będzie zamknięty do końca semestru. Policjanci muszą zebrać wszystkie dowody i odtworzyć przebieg strzelaniny. Władze uczelni nie chcą też narażać studentów na stres i zmuszać ich do chodzenia na zajęcia w miejscu, gdzie zginęli ich przyjaciele.
Policja uniwersytecka w Virginia Tech odebrała telefon ze zgłoszeniem, że w kampusie uniwersyteckim padły strzały wczoraj o 7.15. W West Ambler Johnston Hall znaleziono dwie martwe osoby. To był dopiero początek koszmaru. Po budynku uniwersytetu zaczął krążyć uzbrojony mężczyzna. Chodził od sali do sali i w milczeniu strzelał do wszystkich. Ginęli studenci i wykładowcy, którzy znaleźli się na jego drodze. Na koniec Koreańczyk zastrzelił się.