Prezydent Sarkozy gościł wieczorem na antenie stacji France 2. Odpowiadał tam m.in. na pytania w sprawie tzw. afery Bettencourt. Dotyczy ona oskarżeń czołowych polityków rządzącej prawicy o korupcyjne powiązania finansowe z najbogatszą Francuzką, córką założyciela koncernu kosmetycznego L'Oreal.

Reklama

Najcięższy zarzut - to posądzenie obecnego szefa państwa, że otrzymał w 2007 roku - za pośrednictwem obecnego ministra pracy Erica Woertha - nielegalne środki na prezydencką kampanię wyborczą w kwocie 150 tys. euro. Oskarżenia te wysunęła była księgowa Liliane Bettencourt, Claire Thibout.

Sarkozy nazwał te oskarżenia "hańbą" i "kalumniami", które bardzo mocno go zabolały. Zaprzeczył, jakoby był - jak mu zarzucano - bywalcem prywatnych kolacji u państwa Bettencourt, podczas których miał otrzymywać koperty z pieniędzmi.

Odpierając te zarzuty, prezydent powołał się na opublikowane przez media zeznania byłego podwładnego Bettencourt, który miał twierdzić, że "w ciągu kilkunastu lat (w okresie 1993-2007) pan Sarkozy przyszedł (do rezydencji miliarderki - PAP) dwa lub trzy razy, zawsze w ramach oficjalnych kolacji z udziałem dwunastu lub piętnastu osób".

Szef państwa bronił też zdecydowanie ministra Woertha. "To człowiek głęboko uczciwy, który musiał znosić kalumnie i kłamstwa przez trzy tygodnie" - oświadczył Sarkozy. Zaznaczył, że uczciwości ministra dowodzi ujawniony w niedzielę raport francuskiej Generalnej Inspekcji Finansowej (IGF). Z dokumentu tego wynika, że Woerth nie pomagał w żaden sposób Liliane Bettencourt w ukrywaniu dochodów przed francuskim fiskusem, o co podejrzewały go media.

Sarkozy podkreślił, że nie ma mowy o dymisji obecnego ministra pracy i że to właśnie Woerth dokończy planowaną przez rząd na ten rok kontrowersyjną reformę emerytur.

"Francja nie jest państwem skorumpowanym" - zaznaczył prezydent.